sobota, 15 lipca 2017

Jesteś: 29. Rozważny

Dzień przyłapał mnie rozciągniętą wygodnie na miękkich poduszkach, z nogą przerzuconą przez nogę Draco, jego ręką sięgającą za moje plecy, z kołdrą skotłowaną w dole, odrzuconą przez nadmierne ciepło, którego dostarczała. Chwilę rozkoszowałam się poczuciem powolnego powrotu z otchłani snu, nim otworzyłam oczy.
- Dzień dobry – powiedział Draco. Uśmiechnęłam się i przeciągnęłam.
- Dzień dobry – odparłam. – Jak dobrze, że dziś sobota.
Chyba nie zniosłabym, gdybym musiała teraz się zerwać i lecieć do pracy. Draco wyglądał, jakby chodziło mu po głowie to samo. Odgarnął włosy opadające na moje czoło i przycisnął do niego krótko ciepłe, miękkie wargi, składając pocałunek. Sięgnęłam do jego dłoni, splatając nasze palce w przestrzeni pomiędzy naszymi rozespanymi ciałami. Mruknęłam niczym zadowolony kot.
- Jak się spało? – spytał.
- Cudnie. – Oczy jeszcze trochę mi się kleiły. Gdybym zostawiła je zamknięte, z łatwością mogłabym ponownie zapaść w sen, tak bardzo miękkie i przyjemne było łóżko, tak pachnąca świeżością pościel i tak ciepłe ciało obok mnie.
- Chciałabyś tu zamieszkać?
Natychmiast otworzyłam oczy.
- Tu? Z tobą?
- Dlaczego nie?
- Dlaczego tak?
Nie żartował. Jego twarz była pełna powagi. Wbijał we mnie dumny wzrok, bez cienia zażenowania. Wydawał się tak bardzo pewny siebie. Zaschło mi w ustach. Zaskoczył mnie.
- Ja kocham ciebie, ty kochasz mnie, jesteśmy razem.
Tak, a jeszcze niedawno mieszkałeś ze swoją… Ugryzłam się w język.
- Myślę, że trochę na to za wcześnie.
- Jak uważasz.
Przez niedokładnie zasunięte zasłony w oknach sączyło się delikatne światło poranka. Byliśmy w pokoju gościnnym, nigdy nie zgodziłabym się na sen w głównej sypialni, którą jeszcze niedawno dzielił z Astorią.
Astoria. Ten dzień zaczął się tak idealnie, a już zdążył się zepsuć. Przekręciłam się na drugi bok, odwracając plecami do Draco. Podążył za mną, oplatając ramieniem moją talię i opierając podbródek na moim ramieniu.
- Hermiono?
Mruknęłam na znak, że słyszę. Jego dłoń spoczywająca na moim brzuchu powędrowała bardzo powoli w górę, wywołując przyjemne dreszcze, aż do piersi. Nie powstrzymałam cichego westchnienia. Oddech Draco omiatał moją szyję, wiedział doskonale, jak to na mnie działa. Przymknęłam oczy.
- Nie wiem, czy powinnaś dalej być moją asystentką.
- Masz do mnie jakieś zastrzeżenia?
Zaśmiał się krótko.
- Nie, wywiązujesz się ze swoich obowiązków bardzo dobrze. Zbyt dobrze.
- To w czym problem?
Przesunął nosem wzdłuż mojej szyi, rozkosznie drażniąc najczulsze miejsca. Robił to specjalnie, nie pozwalając mi się skupić.
- Możesz wrócić do pracy jako uzdrowicielka. Co cię powstrzymuje?
Podążyłam za jego dłonią, podszczypującą przez materiał koszulki nabrzmiałą pierś, i odsunęłam ją stanowczo.
- Nie. Nie wrócę tam.
- Dlaczego?
- Dlatego że… - Tak naprawdę nie wiedziałam dlaczego. – Ugh… nie chcę o tym rozmawiać, dobrze?
- Dlaczego?
- Bo nie, po prostu nie.
Usiadłam. Przetarłam zaspane oczy, zapatrzyłam się w wiszący na ścianie obraz, przedstawiający galopujące łąką konie. Było tak dobrze w tej chwili, dlaczego mieliśmy psuć to myśląc o przyszłości, myśląc o wszystkich sprawach, które nie dotyczyły tu i teraz?
- Nie denerwuj się. Powinnaś to dobrze przemyśleć. Nie mam zamiaru wyrzucać cię z pracy, ale uważam, że marnuje się twój potencjał do robienia rzeczy, które naprawdę mają sens.
Obróciłam głowę, spoglądając na niego przez ramię.
- Więc mówisz, że twoja praca nie ma sensu? Że moja praca jako asystentki nie ma sensu, tak?
- Nie to miałem na myśli. – Przewrócił oczami. – Chodziło mi tylko o to, że…
- Wiesz co? To twoje… nie wiem właściwie o co ci chodzi… - Machałam zamaszyście rękoma, próbując odpowiednio się wysłowić. – Ta nagonka nie jest dobrym sposobem na…
- Jaka nagonka?
On również usiadł. Smuga światła padła na jego nagi tors, przykuwając mój wzrok.
- Hermiono, ja po prostu myślę o tym, co będzie najlepsze dla ciebie.
- Chcesz mnie od siebie odsunąć?
- Nie…
- Po tym wszystkim, co miało miejsce wczoraj, po spotkaniu z Parkinson i Zabinim, po tym, jak myślałam, że jesteśmy sobie tak bliscy i ufamy…
- Przestań się nakręcać.
- …sobie, mówimy o wszystkim, teraz chcesz mnie tak po prostu odstawić na bok i…
Pochylił się, zamykając moje usta przelotnym pocałunkiem. Spojrzałam spod rzęs w jego szaroniebieskie oczy, tak bliskie, tak szczere… Tak bardzo chciałabym, żeby były szczere.
- Denerwujesz się teraz wieloma rzeczami. To nie był dobry moment na podjęcie tego tematu, przepraszam.
Prychnęłam.
- To nie tak, że zrobisz słodkie oczka i wszystko pójdzie w zapomnienie.
Chociaż właściwie… Śledziłam wzrokiem jego długie, jasne rzęsy okalające oczy, miękką linię policzka, wydatniejszą dolną wargę, szpiczasty podbródek. Był tu, na wyciągnięcie ręki, jedyna osoba, która mogła sprawić, że przestanę się martwić, że przestanę myśleć o Lucy, Trevorze, pracy, Astorii, Stowarzyszeniu Wyklętych, Niepokonanych, o tym, czy kolejna bliska mi osoba nie zostanie zaatakowana. Wystarczyło pozwolić na objęcie bezpiecznymi ramionami, skulić się, stopić w jedno, poczuć ciepło drugiego ciała i zatracić się w tym uczuciu.
Potrzebowałam tego najbardziej na świecie.
I właśnie w tym momencie dobiegło nas niecierpliwe stukanie w okno, połączone z drapaniem pazurków. Popatrzyliśmy oboje w stronę, z której dobiegał dźwięk, świadomi że musiała go spowodować sowa. Draco wstał niechętnie z łóżka, sięgnął pomiędzy zasłony, wpuszczając do pomieszczenia więcej słońca i otworzył na oścież okno. Omiotło mnie chłodne, pachnące świeżością i mrozem powietrze. Sowa zaskrzeczała, z łopotem brunatnych skrzydeł wpadła do sypialni i wylądowała na materacu, wlepiając we mnie spojrzenie swoich wielkich, okrągłych oczu i wyciągając nóżkę z doczepionym listem. Wymieniłam spojrzenia z Draco, po czym sięgnęłam po pergamin. Sowa, nie czekając na odpowiedź, rozłożyła skrzydła, wzniosła się do lotu, a następnie wyfrunęła przez wciąż otwarte okno.
W miarę czytania krótkiego tekstu serce waliło mi coraz mocniej, a gdy dotarłam do końca, zerwałam się na równe nogi.
- Co? – spytał Draco, próbując podejrzeć treść listu. Uśmiechnęłam się szeroko, z moich ust wydarł się wysoki pisk. Rzuciłam się z wyciągniętymi ramionami na szyję Draco.
- Lucy się obudziła!


* * *


- Kochana, jak się czujesz? – spytałam, przytulając do siebie głowę Lucy i gładząc ją po włosach. Dziewczyna wyglądała na wyczerpaną, włosy miała związane w węzeł na czubku głowy, na jej twarzy nie znajdował się nawet ślad makijażu. Pokrywały ją różne przebarwienia. Ale to wszystko nie miało znaczenia, bo była tu ze mną, jej zielone oczy w końcu były szeroko otwarte, a usta wykrzywiały się w uśmiechu.
- Jakby rozjechał mnie walc. Walec? – Popatrzyła na mnie pytająco, na co skinęłam głową. Nie mogłam przestać się szczerzyć. Tak dobrze było usłyszeć jej głos.
- Stęskniłam się za tobą, Lu.
Wywróciła oczami.
- Człowiek chce się porządnie wyspać, a tu od razu awantura. – Ściszyła głos. – Była u mnie przed chwilą ta suka, przedstawiła się jako Annabelle. To ta sama, która…?
Westchnęłam.
- Tak.
Lucy urwała, nie kończąc zdania. Przyglądała mi się przez chwilę.
- Suka – skonstatowała z niewielkim uśmieszkiem świadczącym o tym, jaką radość sprawia jej wypowiadanie tego słowa w odniesieniu do Annabelle. – Ta jej pełna wyższości mina, jej politowanie przy każdym moim pytaniu, jakbym była totalną idiotką, że nie znam odpowiedzi. Mam ochotę nakopać jej do dupy.
- Wierz mi, nie tylko ty – mruknęłam. – Ale ponoć jest dobrą uzdrowicielką, więc ufam, że właściwie się tobą zajmuje.
- O tak! – Lucy prychnęła. Uniosła się wyżej na poduszkach, krzywiąc się przy okazji. – Szlag by to, wszystko mnie boli. Może chociaż ty powiesz mi, co się stało?
Pokręciłam ze zrezygnowaniem głową.
- Mieliśmy nadzieję, że może ty widziałaś napastnika. Aurorzy przesłuchali wszystkich gości i nie zdobyli żadnej przydatnej informacji.
- Świetnie. Czyli jak zawsze: kiedy są potrzebni, nie potrafią zrobić nic pożytecznego.
Chwyciłam jej dłonie, którymi wymachiwała, żywo gestykulując. Popatrzyłam jej w oczy.
- Lucy, skup się, proszę. Każda informacja, jaką sobie przypomnisz, może okazać się ważna.
Zapowietrzyła się, najprawdopodobniej próbując dalej pomstować na aurorów, ale pod moim spojrzeniem wypuściła powoli powietrze, uspokajając się trochę. Wywróciła oczami.
- No cóż, nie mam zbyt dużo do opowiadania. Wychodziliśmy na zewnątrz, popychani przez tych wszystkich niby eleganckich i poważnych ludzi. Pamiętam, że mocno trzymałam się ramienia Adama, żeby nas nie rozdzielili. Trevor deptał mi po piętach i odwróciłam się, żeby zwrócić mu uwagę. Myślałam, że jesteś tuż za nami, ale gdzieś zniknęłaś. Chciałam się cofnąć i cię znaleźć, ale tłum zepchnął nas prawie pod barierki tarasu, gdzie wreszcie zrobiło się trochę luźniej. Spytałam Trevora, gdzie się zgubiłaś, zaczął się rozglądać, Adam próbował przepchnąć się z powrotem, a wtedy oberwałam. – Wzdrygnęła się i skrzywiła. – Nie było to wcale przyjemne. Tak trochę jakby wszystko w środku zaczęło mi się rozrywać. Chyba coś krzyczałam, byłam przerażona, modliłam się, żeby przestało mnie boleć, a później odpłynęłam. Obudziłam się tutaj. Ta blondyna mnie obmacywała i pytała, czy boli. Nie, w ogóle!
Uśmiechnęłam się lekko, myśląc o czymś innym. Próbowałam sobie wyobrazić tę sytuację – Lucy w długiej, srebrnej sukni, rozglądająca się za mną, Adam i Trevor tuż przed nią, a za nią…?
- Kto stał za tobą, Lucy? – spytałam.
Wzruszyła ramionami.
- Nie wiem. Wydaje mi się, że byliśmy już przy samej barierce. Nie zwracałam uwagi na ludzi.
- Z której strony przyszło zaklęcie? Pamiętasz jakiś kolor, dźwięk?
Zastanowiła się chwilę, marszcząc czoło.
- Mmm… nie, nie wyda… nie wydaje mi się. To znaczy, to było takie jakby brzęczenie… nie, nie do końca… taki trochę świst, wysoki świst, trochę jakby ktoś gwizdał… - Popatrzyła na mnie z rezygnacją. – Nie pamiętam. To było tak szybko, nie spodziewałam się żadnego ataku, zależało mi tylko na tym, żeby znaleźć ciebie.
- W porządku. – Pogładziłam ją po dłoni. – Nie denerwuj się. Najważniejsze, że jesteś cała i wyjdziesz z tego.
Lucy pomstowała jeszcze trochę na Annabelle, jej szorstkość, nieprzyjemne podejście do pacjenta, bolesne badania i uwagi, które powinna zachować dla siebie. Później poprosiła mnie, żebym opowiedziała o wszystkim, co się wydarzyło podczas gdy była nieprzytomna. Wypytała dokładnie o Malfoya, trochę sceptycznie podeszła do kwestii jego zerwania z Astorią i szczerości co do jej ciąży.
- Albo on jest tak perfidny, że ma cię za idiotkę, albo ona jest nienormalna – skwitowała. - W każdym razie znasz moje zdanie, mogłabyś znaleźć sobie kogoś innego.
- Nie chcę nikogo innego – warknęłam przez zaciśnięte zęby i natychmiast przypomniałam sobie, że rozmawiam z ciężko ranną przyjaciółką. Westchnęłam. - Przepraszam. To wszystko wydaje się takie proste, jeśli nie chodzi o ciebie, prawda? Nie wypominam ci, ale przypomnij sobie o Danielu.
Lucy odwróciła wzrok.
- To zupełnie inna sprawa.
Właściwie tak. Też próbowałam jej dawać dobre rady, których nie słuchała, tylko że miałam rację, bo Daniel naprawdę okazał się bydlakiem. Z kolei ona myliła się co do Draco.
Nie opowiedziałam jej o Niepokonanych, Stowarzyszeniu Wyklętych i wszystkich tych rzeczach, których dowiedziałam się od Draco i jego przyjaciół. To było ściśle tajne. Może gdyby Lucy o tym wiedziała, zmieniłaby zdanie. Zależało mi na tym, ale obietnica to obietnica. Nachyliłam się do niej, decydując się powiedzieć o czymś innym.
- Dzisiaj rano poprosił mnie, żebym z nim zamieszkała.
Lucy uniosła brwi.
- O?
Pokiwałam głową.
- Nie zgodziłam się, ale w przyszłości… kto wie?
- Hmm… no cóż… może i trochę myśli o tobie poważnie. - Nie wyglądała na przekonaną, wypowiadając te słowa. Jakby usilnie chciała mi udowodnić, że to nie mężczyzna dla mnie. - Ale jak to sobie wyobrażasz? Zamieszkasz w tej jego wielkiej rezydencji? Wiesz ile tam jest sprzątania?
- On ma od tego ludzi, Lu. - Parsknęłam. - To naprawdę najważniejsza kwestia?
- Nie. Ale też ważny argument do przemyślenia.
Drzwi do pokoju otworzyły się gwałtownie, podrywając nas z miejsc. Zobaczyłyśmy wpadającego do środka Adama o czerwonych policzkach i rozwichrzonych włosach. Doskoczył do Lucy, tłumacząc równocześnie:
- Nie mogłem się wcześniej wyrwać z pracy, domykamy projekt i zasuwamy po godzinach… To dla ciebie. - Wsadził w dłoń Lucy krwiści czerwoną różę i zamknął jej usta pocałunkiem, nim zdążyła podziękować. - Dzięki za informację, Hermiono – powiedział, kiwając na mnie głową. Uśmiechnęłam się w odpowiedzi.
- Nie ma sprawy. Niepokoi mnie za to, dlaczego nie przyszedł Trevor.
- Oh, pewnie jeszcze śpi. - Lucy machnęła lekceważąco ręką. Większość jej uwagi pochłonął Adam, w którego wpatrywała się z przepięknym uśmiechem. Oczy jej błyszczały.
Otworzyłam usta, chcąc powiedzieć coś o tym, że Trevor może mieć kłopoty, ale zamknęłam je, przypominając sobie, o ilu rzeczach nie mogę wspomnieć przy Lucy i Adamie. Zasznurowałam wargi, niepocieszona.
- Tak bardzo się martwiłem – zapewniał Adam, wycałowując twarz Lucy kawałek po kawałeczku. Odwróciłam wzrok, czując się jakoś tak nieswojo.
- Może… ja was zostawię. Wpadnę do ciebie wieczorem, Lu. Cześć, Adam!
Lucy chichotała, Adam ją całował, a ja podniosłam się z krzesła. Lucy pomachała mi bez entuzjazmu, zajęta mężczyzną. Chwyciłam płaszcz, torebkę i wyszłam, oglądając się jeszcze za siebie, by zobaczyć, jak para wyznaje sobie miłość po francusku. Wywróciłam oczami, zamykając za sobą drzwi. Nagła pustka i cichość korytarza przytłoczyła mnie. Poczułam się taka mała i taka zmęczona. I taka bezradna. Kroki zawiodły mnie pod drzwi gabinetu pani Thornton. Nie byłam pewna, czy jest dzisiaj w pracy, ale nie zaszkodziło spróbować. Zapukałam, nie zostawiając sobie chwili do namysłu.
Drzwi otworzyły się, zapraszając mnie do środka.
- Dzień dobry, Hermiono. - Pani Thornton rozpromieniła się, zerkając na mnie znad stosu dokumentacji, którą musiała uzupełnić. Na jej głowie gościł standardowy, ciasny kok. Pod tym względem trochę przypominała mi profesor McGonagall. Chyba lubiłam szukać autorytetów u stanowczych, inteligentnych kobiet, które posiadały niewyobrażalną wiedzę w swojej dziedzinie. - Wejdź, proszę.
Posłusznie zamknęłam za sobą drzwi i usiadłam na brzeżku krzesła ustawionego jak od linijki naprzeciwko pani Thornton. Kobieta złożyła zamaszysty podpis na pergaminie, odłożyła pióro do kałamarza, dmuchnęła krótko na świeży atrament i odsunęła papiery na bok.
- Cieszę się, że twoja przyjaciółka się obudziła. Zapewne chciałabyś poznać…
- Nie po to przyszłam – zaprzeczyłam szybko. Splotłam palce na podołku. Wzięłam głęboki wdech. - Pani Thornton?
- Mhm?
- Miała… miała pani rację, mówiąc o tym, jak źle się czułam, nie mogąc leczyć Lucy. Ja… po prostu tak… teoretycznie? Ehm, tak się zastanawiałam… Czy to w ogóle możliwe, żebym jeszcze kiedykolwiek mogła być magomedykiem?
Pani Thornton uśmiechnęła się, ale nie zaśmiała. Oparła przedramiona na biurku i nachyliła się w moją stronę.
- A co ja ci mówiłam? Mówiłam, że czekamy na ciebie.
Przełknęłam ślinę. Powrót do Munga wydawał mi się niewłaściwy. Czułam, że muszę odpokutować moje błędy i pomyłki. Poza tym przez dwa lata bardzo dużo się zmieniło, kilka osób ze starego zespołu odeszło gdzie indziej, pojawili się nowi. Z jednej strony to miejsce było zbyt znajome, z drugiej zbyt obce.
- A gdybym… gdybym chciała spróbować gdzieś indziej? Jak pani myśli, czy to w ogóle możliwe?
Patrzyła na mnie dłuższą chwilę świdrującym wzrokiem, pod którym zawsze czułam się jak pierwszoklasistka złapana na gorącym uczynku – zupełnie jak wtedy, gdy zostałam z Harrym przyłapana przy szmuglowaniu Norberta na wieżę astronomiczną. Dokładnie tak samo wielki kamień wpadł mi do żołądka, powodując nieznośny ucisk i mdłości; spociły mi się ręce.
- Dlaczego nie?
Zmieszałam się.
- No… dostałam wyrok. Zakaz wykonywania zawodu…
- Na dwa lata – wtrąciła.
- ...i zastanawiam się, czy ktokolwiek w ogóle będzie skłonny, żeby mnie zatrudnić, no bo przecież kto by chciał takiego pracownika z wyrokiem sądowym…
- Jesteś świetną uzdrowicielką, Hermiono, a ja za ciebie poręczę. - Za wszelką cenę starałam się unikać jej wzroku. - Nie ukrywam, że wolałabym mieć cię w swoim zespole, ale popytam, może gdzieś akurat potrzebują pracownika. I, Hermiono? - Wyczuwałam uśmiech w jej głosie. - Przestań się tak wszystkim zamartwiać, przecież wiesz, że to niezdrowe.


* * *


Aż do wieczora nie otrzymałam żadnej wieści od Trevora. Próbowałam dzwonić, pisałam, aż wreszcie postawiłam na kontakt osobisty i stanęłam przed drzwiami jego mieszkania. Trochę zmartwiona, a trochę zła, zaczęłam się dobijać.
- Trevor? Jesteś tam? - zawołałam w przerwie między pukaniem i dzwonieniem dzwonkiem.
Nie byłam pewna, czy w ogóle zastałam go w domu. Może poszedł do Lucy? Chociaż prosiłam ją, żeby dała mi znać, jeśli się u niej pojawi, a także od niej nie otrzymałam żadnej wiadomości. Zapukałam ostatni raz, wycofałam się, gotowa do odwrócenia się na pięcie i odejścia, a wtedy zgrzytnął zamek, klamka ugięła się pod naporem dłoni, a w szparze między drzwiami a framugą pojawiła się umęczona twarz Trevora. Złość wyparła zmartwienie.
- Czy ty jesteś poważny?! - huknęłam. - Co ty sobie myślisz? Czy zdajesz sobie sprawę… hej!
Wciągnął mnie wciąż krzyczącą do środka i zamknął drzwi. Podążył do kuchni, więc poszłam w jego ślady.
- Dostałeś moją wiadomość? Dlaczego nie byłeś u Lucy? To twoja siostra, myślałam, że się o nią martwisz, a ty tak po prostu siedzisz sobie w domu. Wiesz co, powinnam zostawić cię tak jak jesteś i dać sobie z tobą spokój.
Usiadł przy stole i skierował na mnie umęczony wzrok. Opadłam na krzesło naprzeciwko niego, mrużąc oczy.
- A tak w ogóle, to co się z tobą dzieje?
Zanim odpowiedział, wziął głęboki oddech.
- Ja… mówiłem ci ostatnio, co się dzieje.
- No właśnie, mówiłeś, że dostawałeś pogróżki. Nie sądzisz, że miło by było czasem dać znać, że wszystko z tobą w porządku? Przecież ja się martwię o ciebie.
- Niepotrzebnie. - Poprawił okulary drżącą dłonią. Chwyciłam go za nadgarstek i spojrzałam prosto w oczy, pochylona nad stołem.
- Trevor, co się dzieje?
- Nic się nie dzieje. Jestem ostatnio trochę… nic się nie dzieje.
- Nie kłam, przecież widzę.
Już nie chodziło tylko o jego nieporządny wygląd, krzywo zapiętą pod szyją koszulę, rozwichrzone włosy czy drżenie rąk. Był bardzo blady i po prostu czułam całą sobą, że coś jest nie w porządku. Widziałam pojawiającą się zmianę w jego oczach, hardość informującą, że podjął jakąś decyzję.
- Myślę, że powinnaś wyjść.
Otworzyłam usta.
- C-co? - spytałam po chwili.
- Wyjdź. Już.
Wyrwał rękę z mojego uścisku i wstał, pokazując w stronę drzwi. Dalej siedziałam na krześle, nie rozumiejąc, o co chodzi.
- Hermiono… - Podszedł do mnie, pociągnął za ramię, zmuszając do wstania i popchnął lekko w stronę drzwi. - Idź. Później ci wyjaśnię.

Przystanęłam w progu, obracając się przez ramię i patrząc na Trevora z ustami otwierającymi się i zamykającymi jak u ryby wyjętej z wody. Próbowałam coś powiedzieć. Trevor wyciągnął różdżkę, wycelował we mnie. Przestałam się ociągać. Dopadłam do drzwi wejściowych, otworzyłam je, ale za nimi już ktoś był. Nie zdążyłam się mu nawet dobrze przyjrzeć, moją uwagę przykuł wycelowany we mnie koniuszek różdżki, rozżarzony kiełkującym zaklęciem. Nie zdążyłam zareagować, kula światła pomknęła w moją stronę, zwalając mnie z nóg i odbierając przytomność.

~ * ~ * ~ * ~
Od autorki: Powracam obroniona, zadowolona, odprężona pani magister psychologii i zabieram się do pracy! Ostatnie wydarzenia, ostatnie rozdziały, a później nowe opowiadanie. Jestem pełna ekscytacji i nie mogę się już doczekać :)

6 komentarzy:

  1. Hejo hejooo :D
    Tak to właśnie z Tobą jest, że gdy tylko mozolnie wypracuje sb jakąś opinię o człowieku, Ty od razu ją burzysz. W poprzednim rozdziale Trevor, jak ostatni sierota, dbał tylko o siebie. Teraz natomiast mam wrażenie, że gra rolę ostatniego Mohikanina. Bo że wygonil Hermione jestem w stanie zaakceptować, bo chcial ją ratować. Prawda?
    I tak oto znowu pałam do niego sympatia, czując w środku, ze ten bohaterski żywot może się szybko skończyć.
    I niechaj Hermiona wróci do leczenia, bo dzięki temu ona będzie zadowolona, a z Draco zamiast się sprzeczać, bd robić mnóstwo innych rzeczy 😉
    Na przypomnienie dodam tylko, że kocham Dracona - miłością wielka i coraz większa, wiec nie waż się go uśmiercać😉
    Pozdrawiam, Iva Nerda

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No cóż, co poradzę, ludzie są zmienni :D A czym jest opowieść bez zwrotów akcji?
      Hah, śmiechłam. Spokojnie, nie zabiję tym razem Draco!
      Chyba...
      Pozdrawiam :)

      Usuń
  2. Podoba mi się! :) Dobry zwrot akcji i radość, że Lucy nareszcie wróciła do żywych. Teraz nie mogę doczekać się kolejnego rozdziału!!!
    Pozdrawiam,
    Klaudyns.O

    OdpowiedzUsuń
  3. Malfoy poruszył bardzo ważna kwestie a mianowicie prace Hermiony. Ogromnie mi się nie podoba, że tkwi jako asystentka, to bardzo umniejsza jej ogromny potencjał. Niewątpliwie to co przeszła w życiu przypalilo jej ambicje, czy zapał, ale jakoś wydaje mi się, że jakieś zalążki znowu sie pojawiają prawda? Chce wierzyć, że to Malfoy ma na nią taki dobry wpływ. Wspólne mieszkanie? No kto, by pomyślał, ale fajnie, że panicz plasuje :D Granger cholernie wyolbrzmia, aż momentami nie wiem jak on z nią wytrzymuje i jak mu się udaje ją tak łatwo udobruchac. Aczkolwiek patrząc na sposoby, to się nie dziwię;D Lucy to taka pozytywna osoba w życiu naszej głównej bohaterki, dobrze, że w końcu wraca.
    Trevor, co też ona znowu majstruje... Żałuję, że nie pisałam tego komentarza na świeżo, bo co innego czytać coś, wiedząc co będzie później. Pamietam tylko, że bardzo mnie zaskoczyłas zakończeniem. Co tam się mogło wydarzyć? Przede wszystkim KTO?
    Cos mi się wydaje, że nie raz jeszcze zatrzesiesz sceną. Mam tylko nadzieje, ze nikt z niej nie spadnie ;D
    Czekam na rozwój sytuacji, do następnego! /N

    OdpowiedzUsuń
  4. sto lat mnie nie było, wchodzę z nadzieją, że mam tyyyyle do nadrobienia, a tu tylko jeden rozdział! Jestem rozczarowana ;p a teraz idę czytać ;D

    OdpowiedzUsuń
  5. Hejo, Laska, co się dzieje? Czy to jakieś mistrzostwa w trollingu? Przerwać w takim momencie, a potem milczeć i milczeć? Ok, przyznajemy Ci to mistrzostwo i prosimy o ciąg dalszy :)
    A tak serio mam nadzieję, że u Ciebie wszystko ok. Jak tam życie po studiach? Ja obroniłam się zaledwie 2 tygodnie temu, ale ulga jest niewyobrażalna! Cudowna wręcz! Tylko co dalej z tym życiem... xD
    Czekam z niecierpliwością na zakończenie tego opowiadania! (w sensie, że jestem bardzo ciekawa jak je zakończysz, a nie, że już mam go dość :P)
    Buziaki!

    OdpowiedzUsuń

Nie bądź anonimem - podpisz się! Będę mogła Cię zapamiętać i wiedzieć, czy i o czym już z Tobą rozmawiałam :)