poniedziałek, 20 listopada 2017

Jesteś: 31. Waleczny



Trevor posapywał i pojękiwał w celi obok, co jakiś czas dorzucając parę przekleństw. Chwilę wcześniej z pomocą Draco jako moich oczu i dłoni, dokonałam pobieżnych oględzin jego stanu. Prawdopodobnie z jego żebrami nie działo się nic groźniejszego od stłuczenia, nie skarżył się też na objawy typowe dla uszkodzenia narządów wewnętrznych. Jego nadgarstek zaczął puchnąć i podejrzewałam skręcenie, dorobił się też, zdaniem Draco, paskudnego rozcięcia na nodze, które starali się zatamować koszulką Trevora, i kilku szybko wykwitających siniaków na twarzy. Draco utrzymywał, że wszystko z nim w porządku, chociaż Trevor poskarżył na niego, że utyka, krwawi z nosa i łuku brwiowego i ma porządnie podbite oko.
- Co wam w ogóle strzeliło do głowy?! – huknęłam, gdy już załatwiliśmy najważniejsze. – Czy wy tu przyleźliście sami?
- Ałć. A trochę wdzięczności? – spytał Draco. Przeszkadzało mi, że nie mam możliwości go zobaczyć. Nasze cele były tak zaprojektowane, że jedyne, co mogłam dojrzeć, to jego wyciągnięta na korytarz dłoń (i vice versa).
- Za co mam być wdzięczna? Że działając pod wpływem impulsu wpadliście tu jak jakieś lekkomyślne uczniaki i daliście się złapać?
- Po ciebie przynajmniej ktoś przyszedł – wtrącił ponuro z drugiej strony Michael.
- A ty to kto? – Draco zabrzmiał napastliwie.
- Michael Theodore.
- Auror – wyjaśniłam. – Współpracował z Zakonem.
Z mojej prawej dobiegło pogardliwe prychnięcie.
- A jesteś tego pewna? – spytał Draco. – Skąd możesz wiedzieć, że to nie jakiś szpicel…
- Ja to wszystko słyszę, wiesz? – wtrącił się Michael. – I nie, nie jestem szpiclem. Zostałem złapany i zamknięty tutaj zupełnie tak jak wy. Jedziemy na tym samym wózku. Może warto odrzucić zakorzenione uprzedzenia i skupić się na tym, jak możemy się stąd wydostać, panie Mal-foy?
Przy jego nazwisku przeciągnął sylaby w sposób zupełnie przeczący słowom o wyzbywaniu się uprzedzeń. Wyobraziłam sobie, jak Draco zwęża oczy.
- Moje nazwisko nie padło tutaj jeszcze ani razu, panie Theodore – odparł arystokratycznie lodowato. – Przypadek? Czy to by nie świadczyło o twojej roli wtyki?
- Tak się składa, że to ty jesteś osobą rozpoznawalną i okrytą niechlubną sławą. Może o szpiegostwo i nieczyste intencje wypadałoby oskarżyć właśnie ciebie?
Niemal wyczułam, jak Draco zjeżył się na sugestię o przeszłości śmierciożercy.
- Słuchaj no, panie Theodore, nie życzę sobie…
- Och, na litość boską, przestańcie – syknęłam.
Położyłam się na zatęchłym materacu. Adrenalina, dotąd buzująca w moich żyłach, powoli zaczęła opadać, a wraz z nią cała energia. Obaj mężczyźni zamilkli momentalnie.
- Jedziemy na tym samym wózku – powiedziałam z przymkniętymi powiekami. Otuliłam się szczelniej kocem. Zadzwoniłam zębami w niepowstrzymanym odruchu. – Wzajemne oskarżenia nie mają teraz sensu.
Mężczyźni zamilkli, jak gdyby rozważali moje słowa i przyznawali niemą rację. Chociaż przez chwilę mogli zachować się rozsądnie. Słyszałam miarowe chodzenie po celi któregoś z nich. Moje powieki były coraz cięższe i cięższe, kroki oddalały się, cichły…
- Nie jesteś ciekawa skąd się tu wzięliśmy? – spytał Trevor, wyrywając mnie z półdrzemki. Chwilę zajął mi powrót do rzeczywistości.
- Jestem ciekawa, skąd JA się tutaj wzięłam, Trevor. – Mój ton zabrzmiał nawet jak dla mnie zaskakująco lodowato. – Ostatnie co pamiętam to twoje mieszkanie. Co się stało później? Dlaczego wtedy mnie tak bohatersko nie ratowałeś? Nic z tego nie rozumiem, może mi wyjaśnisz?
Trevor odchrząknął.
- Hermiono, ja… dlatego tutaj jestem. Bo to moja wina. Ja muszę odkupić swoje winy i… Muszę cię uratować.
- Coś ci nie wychodzi.
- Hermiono – wtrącił się spokojnie Draco. – Możesz dać mu opowiedzieć swoją wersję. A ode mnie otrzymał już podbite oko w twoim imieniu.
- Przecież nosi okulary.
- No i mu przypadkiem spadły.
Wyobraziłam sobie, jak Draco wpada do mieszkania Trevora i bez słowa zamachuje się na niego pięścią. Musiałam przyznać, że to wyobrażenie łechtało moje ego i było wystarczająco satysfakcjonujące. Nie odezwałam się więc, dając Trevorowi nieme przyzwolenie na wytłumaczenie się.
- To… ja… już ci mówiłem, nad czym pracuję. – Trevor najwyraźniej był ostrożny, biorąc pod uwagę obecność Michaela. – I o tym, że dopadli mnie, grozili i kazali przestać. A później… później…
Nerwowe westchnięcie.
- Streszczaj się – popędził go Draco. Pod moimi zamkniętymi powiekami widziałam jego twarz, napięte mięśnie szczęki, wywracanie oczami ze zniecierpliwienia. Był konkretny i oczekiwał konkretów.
- Kiedy Lucy skończyła w szpitalu, a ja przestałem, nie odczepili się ode mnie. Nachodzili mnie i kazali oddać wszystkie wyniki badań, ja…
- Oddałeś? – spytałam, choć domyślałam się odpowiedzi.
- Tak. Nie miałem wyjścia. Powiedzieli że Lucy już nigdy się nie obudzi, jeśli tego nie zrobię. Powiedzieli, że się od niej odczepią, obiecali…
Wyraźnie słyszałam zawód i wyrzut w jego głosie. Westchnęłam. Biedny, naiwny Trevor. Mogli jeszcze zażądać od niego miliona galeonów i zamachu na Ministra Magii, a i tak by się zgodził, gdyby myślał, że oni również dotrzymają słowa. Wtedy byłby jeszcze bardziej zawiedziony.
Drżałam na całym ciele, a koc nie pomagał.
- Później zrobiło się jeszcze gorzej. Chcieli, żebym pracował dla nich. Wtedy się postawiłem. Powiedziałem, że żadnym sposobem nie zmuszą mnie do współpracy, a Lucy jest bezpieczna w szpitalu. Wiem, że pilnowali jej tam aurorzy. Powiedziałem, że prędzej zginę, niż pomogę im choćby słowem. I wtedy… wtedy przyszłaś ty.
Milczeliśmy przez chwilę, każde zastanawiając się nad tą sytuacją. Stary, kochany Trevor. Jak mogłam go choć przez chwilę podejrzewać?
- Skąd wiedziałeś, że coś mi grozi? Dlaczego wypchnąłeś mnie z mieszkania?
- Wypchnąłeś ją z mieszkania? – powtórzył Draco.
- Nie chciałem, żebyś przychodziła. Coś przeczuwałem, nie chciałem cię narażać, nie powinienem w ogóle cię wpuszczać.
- Zdecydowanie nie powinieneś. – Lodowato przyznał Draco. – Jeśli miałeś choć odrobinę obawy, że może ją spotkać coś złego, powinieneś trzymać się od niej najdalej jak się da.
- Ale dobijała się do drzwi i nie wiedziałem, co…
- To tylko moja wina – wtrąciłam.
- To nie jest…
- Nie, Draco. To moja wina i nie obarczaj nią Trevora. On w ostatnich dniach przeżył wystarczająco.
To nie była prawda, że nie denerwowałam się na Trevora, ale Draco był dla niego zdecydowanie zbyt szorstki. Jeśli coś nam się stanie w tym lochu, nigdy bym sobie nie wybaczyła, że zachowałam się podle w stosunku do Trevora. A jeśli jakimś cudem się stąd wydostaniemy, to wtedy poważnie z nim porozmawiam.
- Co się stało, kiedy straciłam przytomność? – spytałam tak spokojnie, jak tylko mi się udało.
- Zabrali cię.
- Tak po prostu? – warknął Draco.
- Nie. Próbowałem cię bronić, ale ich było trzech.
- Widziałam jednego.
- Widziałaś go przez pół sekundy.
Było mi zimno, a głowa pulsowała bólem. Nie miałam ochoty się odzywać.
- Celowali we mnie różdżkami i grozili, co miałem zrobić? – W głosie Trevora pobrzmiewały jękliwe nuty, na które Draco pozostał nieczuły.
- Cokolwiek – powiedział. – Na pewno nie pozwolić jak tchórz jej zabrać.
- Od razu teleportowałem się do ciebie.
- O kilka minut za późno, Trevor.
Słuchałam ich przekomarzanek, czując że powoli odpływam. Ich głosy dźwięczały w mojej biednej głowie, ale traciły sens.
- Ale to zrobiłem. Wiedziałem, że muszę naprawić mój błąd. Hermiono, wybaczysz mi, prawda? Hermiono?
Otworzyłam oczy, zmuszając się do pozostania przytomną. Trevor mówił zbyt głośno.
- Co się stało później? – spytałam, ignorując zapytanie Trevora.
- Zaczęliśmy cię szukać. Zwróciliśmy się do Stowarzyszenia Wyklętych, uruchomiliśmy znajomości, namierzyliśmy bazę…
- Stowarzyszenie od kilku tygodni bacznie obserwowało to miejsce z ukrycia – wtrącił Draco.
Po tych słowach rozległo się głośne prychnięcie od strony Michaela.
- Proszę. Widzieliśmy waszego człowieka. Maskuje się tak samo skutecznie jak albinos na plaży. Działacie w tej dziecinadzie? Powiedzcie mi, udało się wam cokolwiek zdziałać oprócz wtykania nosa w nieswoje sprawy?
- Oczywiście że tak! Na przykład…
- Lepiej zamilcz, Trevor. – Głos Draco był uprzejmie lodowaty. – Nie mów czegoś, czego później będziesz żałował.
- Dlaczego miałbym... Ał!
- Cicho.
- To moje ucho! Bolało!
- Bo miało.
- Chłopcy… - westchnęłam.
- Mówiłem, że dziecinada – wtrącił Michael. – Przecież oni nawet nie mają podstawowego przeszkolenia, a bawią się w wielkich szpiegów i szturmowców. Niby dlaczego dali się złapać?
Na to pytanie żaden z nich mu nie odpowiedział. Zrobił to potężny wybuch gdzieś nad nami, od którego zatrzęsły się ściany i posypały kawałki sufitu. Natychmiast usiadłam, otwierając szeroko oczy. Może tylko sobie to wyobraziłam? Byłam tak głodna, zmęczona i zmarznięta, że wszystko wydawało się możliwe.
- Jak długo tu jestem? – spytałam.
- Dwa dni – odpowiedział mi Michael, choć spodziewałam się usłyszeć Draco lub Trevora.
- Skąd wiesz?
- Bo codziennie rano przychodzi zakapturzona kobieta, żeby sprawdzić, co tam u więźniów. Co do… - Jego przekleństwo ucichło w następnym huku, który spowodował lawinę odłamków spadających na nasze głowy. Zasłoniłam się ramionami i wykaszlałam pył.
- Panie Theodore? – głos Draco wydawał się zdecydowanie weselszy, choć głównie kpiący. – Oto dlaczego daliśmy się złapać.
Podeszłam do krat i wsadziłam między pręty nos, próbując dojrzeć jak najwięcej poza swoją celą. W zawilgoconym powietrzu unosił się pył, opadający powoli na ziemię.
- Odwróciliście uwagę i wprowadziliście wsparcie? – spytałam. – No, no, cofam moje słowa, nie jesteście imbecylami.
- Nie nazwałaś nas tak – zaprotestował Trevor.
- Ale tak pomyślałam.
- Ale wiecie, że wcale nie tak łatwo się stąd wydostać? – marudził Michael. – Odrobiliście lekcje? Wiecie jak otworzyć cele? Wiecie jak opuścić ten budynek? Ja próbowałem. Złapali mnie jeszcze zanim dobiegłem do drzwi wyjściowych.
- Czyli już raz uciekłeś z celi – podchwyciłam. – Świetnie! Będziemy mogli to zrobić po raz drugi.
Ściany odbiły echem westchnienie Michaela, przeciągając je i dodając do niego coś, co sprawiało, że włosy stawały dęba.
- Od tamtej pory wzmocnili zabezpieczenia. Nie wyjdziemy stąd tak po prostu.
- Coś wymyślisz – zakomenderował Draco. Był teraz gdzieś bliżej mnie, prawdopodobnie tuż przy kracie. Tak blisko, a rozdzielały nas więzienne ściany. To niemal bolało. Niemożność zobaczenia go frustrowała mnie, była jak swędzące ugryzienie po komarze, na które nic nie można poradzić. – I lepiej szybciej, niż później – ciągnął. – No, na pewno masz jakiś pomysł, siedzisz tutaj już dłuższy czas.
- Próbowałem. – Głos Michaela brzmiał sycząco. – Strażnik powiedział, że zamek jest chroniony zaklęciami przed otwarciem przez niepowołane osoby. Ma ktoś z was różdżkę albo potężny eliksir wybuchający? Nie? Jaka szkoda.
Przez chwilę nasłuchiwaliśmy kolejnych wybuchów, ale żaden nie nadszedł. Było niepokojąco cicho. Wymacałam palcami dziurkę od klucza i błądziłam po jej obrysie, zapamiętując kształt. Czarodzieje byli czasami bardzo ograniczeni, jeżeli chodziło o sprawy manualne. Coś, co dla człowieka władającego magią wydawało się niemożliwe do zrobienia bez niej, mugole potrafili rozwiązać w kilka sekund. Próbowałam przypomnieć sobie jakieś sztuczki z zamkami. Na pewno pomocny byłby wytrych. Wyobraziłam sobie śmieszne, powykrzywiane urządzenie, podobne do narzędzi, których używali w pracy moi rodzice jako dentyści. Niby skąd miałam wziąć tu coś takiego? I jak miałabym tego użyć?
- Mam spinkę do włosów – odezwał się Draco. Uniosłam głowę, zainteresowana.
- Moją?
- Tak, twoją, a kogo innego? Trevora?
Astorii, przyszło mi automatycznie do głowy. Zacisnęłam zęby. Już nawet musiałam o niej myśleć, będąc uwięziona w zapleśniałym lochu.
- Jaką spinkę? – dopytywał Michael.
- Taka długa i wąska – relacjonował Trevor, najwyraźniej mając ją przed oczami. – Czarna.
- Trevor, kolor nie jest teraz najważniejszy – pouczyłam go. – Skąd masz moją spinkę?
- Nie wiem, pewnie zostawiłaś gdzieś na wierzchu i schowałem ją do kieszeni, żeby ci oddać, czy to teraz takie ważne?
- Nie.
Odetchnęłam. Mamy spinkę, a to już jakiś pomysł. Co prawda nie miałam najmniejszego pojęcia co zrobić ze spinką oprócz wsadzenia jej w zamek i gmerania we wszystkie strony w oczekiwaniu na cud, ale lepsze to niż nic. – No dobra, to teraz musicie… - próbowałam przypomnieć sobie jakiś film, którego bohaterowie otwierali w ten sposób zamki. – Musicie…
Przerwał mi kolejny huk, który zatrząsł ścianami tak mocno, że wisząca przede mną pochodnia spadła z sykiem, na skutek uderzenia rozprysnęła wokół siebie iskry, zmuszając mnie do uskoczenia, po czym zgasła.
Zamrugałam.
- Świetnie.
- Dobra! – Słyszałam, jak Draco klasnął w dłonie i potarł nimi o siebie. – Nie ma co debatować, trzeba zacząć działać. Trevor?
- Zobaczę, co da się zrobić.
Przez kolejne sekundy słychać było brzęcząco-drapiące dźwięki oraz westchnienia i posapywania majstrującego przy zamku Trevora. Ciszę zdecydował się przerwać Michael.
- Jak ci idzie?
Słyszałam po jego głosie, że podchodzi do tego wszystkiego z powątpiewaniem. Ja również nie robiłam sobie zbyt wielkich nadziei na to, że Trevorowi jakimś cudem uda się otworzyć zamek, ale starałam się nie być skrajną pesymistką. Na pewno istniał mały okruszek szans, że mu się uda.
- Daj, ja spróbuję – zniecierpliwił się Draco.
- Nie, poczekaj, dobrze mi idzie.
- Gówno nie dobrze ci idzie. Dawaj tę spinkę.
Słyszałam, jak się przemieszczają. Wbijałam wzrok w odległą pochodnię, starając się przypomnieć sobie blask promieni słonecznych. Usta miałam suche i spierzchnięte, język zamieniał się w kołek. Wcześniej, w którymś momencie gdy się obudziłam, znalazłam przy celi malutką plastikową miseczkę wypełnioną wodą, ale już dawno zdążyłam ją wypić, a tak mała ilość nie zaspokoiła pragnienia.
To nieważne, powiedziałam sobie. Kiedy stąd wyjdziemy, napiję się mnóstwa wody. Wypiję całą Niagarę. Później coś zjem, a później znów wypiję. Wezmę gorącą kąpiel. Zapomnę o tym wszystkim. Jestem w stanie o tym zapomnieć.
- Myślicie, że to Adam za tym wszystkim stoi? – spytałam, przerywając potok przekleństw dobiegający do mnie z prawej strony.
- A kto inny? On od początku mi się nie podobał – stwierdził Trevor. – To w jego stylu omamić moją siostrę, zaatakować ją i udawać niewiniątko.
- Ale… - Nie wydawał mi się niebezpieczny. Nie potrafiłam tego wyjaśnić, ale nie wydawało mi się, żeby był zdolny do działania na naszą szkodę, a przede wszystkim na szkodę Lucy. Wyglądał na takiego zakochanego. – Tak naprawdę go nie znamy. Jesteś pewny?
- Na sto procent. Źle mu patrzy z oczu.
- A ty Draco? – spytałam z nadzieją. – Jak myślisz?
- Nie wiem, co myśleć. Łatwo jest kogoś oskarżyć, sama dobrze o tym wiesz, a to potrafi wyrządzić ogromną krzywdę.
- Mądre słowa – wtrącił Michael. – Nie znam tego waszego Adama, ale jeśli nikt z was nie złapał go na gorącym uczynku, to radziłbym się wstrzymać z osądami.
- To wszystko miało swój początek w momencie, gdy zaczął się umawiać z Lucy – powiedziałam, starając się sięgnąć pamięcią jak najdalej wstecz.
- Jesteś pewna?
Tak. Nie. Nie wiem. Moja pamięć szwankowała. Przygryzłam wargi.
- Jak wam idzie z tym zamkiem? – spytałam bez większych nadziei, zmieniając temat.
- Kiepsko. Może byłoby lepiej, gdyby Trevor nie chuchał mi w kark.
- Wcale nie chucham.
- Wcale że chuchasz.
- A właśnie że…
Kolejny huk wysadził drzwi. Z sufitu znów się posypało, pochodnie przygasły na chwilę, zdmuchiwane gwałtownym przeciągiem, od którego przeszły mnie ciarki.
- No – rozległ się męski głos gdzieś z góry. – Tu się schowaliście.
- Blaise! – krzyknął Draco. Wcale mi się nie wydawało, że słyszałam w jego głosie ulgę. – Nareszcie! Co tam się dzieje?
- Regularna rozpierducha. – Schodził po schodach, ciągnąc coś za sobą. – Wierz mi, tu jest zdecydowanie przyjemniej.
To coś, co za sobą ciągnął, jęczało z upadnięciem na każdy kolejny stopień i pobrzękiwało znajomo.
- Blaise – powiedziałam. – Nie mów mi, że przywlokłeś tu…
Rozbłysła różdżka w świetle której zobaczyłam dwie postaci – jedną wyprostowaną, drugą ciągnącą się po ziemi.
- Pana nie znam – powiedział, patrząc przelotnie na Michaela.
- Ale to nie znaczy, że nie możesz mnie uwolnić, dzieciaku.
- Zastanowię się nad tym.
Z każdym jego krokiem coraz wyraźniej widziałam szyderczy uśmieszek goszczący na jego twarzy oraz posturę mężczyzny, wcześniej górującego nade mną, teraz skomlącego na podłodze.
- Cześć, Granger. – Poświecił mi różdżką w twarz, aż zmrużyłam oczy. – Okropnie wyglądasz. No cóż, panie mają pierwszeństwo, prawda?
Podciągnął mężczyznę na klęczki. Zauważyłam, że przewiązał mu ręce sznurem. Blaise zadzwonił grubym pękiem kluczy, po czym wcisnął go w dłoń mężczyźnie z twarzą oszpeconą bliznami po ospie. Tego samego, który czuł się taki władczy i potężny zaledwie dwa dni temu. Albo dzień. Ciężko stwierdzić.
- Otwieraj.
Mężczyzna mówił bardzo niewyraźnie, jego usta zalewała krew. Odwróciłam wzrok, udając, że niczego nie zauważyłam. Próbował wyksztusić coś o tym, że po jego trupie. Zacisnęłam powieki w momencie, gdy Blaise kopnął leżącego mężczyznę z całej siły. Krzyk bólu przeniknął przez moją skórę aż się skrzywiłam. Nic się nie dzieje. Naprawdę nic. To tylko film.
- Nadal nie będziesz chciał współpracować?
Cofnęłam się. Miałam wrażenie, że to trwa całą wieczność, chociaż oczywiście tak nie było. Mężczyzna w końcu zdecydował się pomóc, pogmerał w zamku, wymówił formułkę i voila, już byłam wolna. Na drżących nogach wyszłam z celi. Korytarz nagle wydał mi się zdecydowanie mniejszy i bardziej przyjazny, niż zza krat.
Zobaczyłam go. Draco przeciskał dłoń przez szparę między prętami, wyciągając ją do mnie. Jego szare oczy błyszczały w świetle pochodni i różdżki Blaise’a.
- Draco!
- Hermiono!
Podbiegłam i chwyciłam jego twarz w dłonie. Zimne pręty wbijały się w nasze policzki, kiedy błądziliśmy ustami po swoich twarzach, gorączkowo wymieniając pocałunki, szepty i westchnienia.
Blaise udał, że wymiotuje. Zmienił głos na wysoki i cienki.
- Tak, Blaise, dzięki że mnie uratowałeś! Będę ci dozgonnie wdzięczna!
Zignorowałam go. Trevor odchrząknął.
- Nie chcę cię nigdy więcej tracić z oczu – powiedział Draco między pocałunkami. – Nawet nie wyobrażasz sobie, jak się bałem.
- Dziękuję, że po mnie przyszedłeś.
- Czekaj… - Położył dłoń na moim czole, później przytknął do niego usta. – Jesteś rozpalona. Chyba masz gorączkę.
- Dobra, wystarczy – zakomenderował Blaise. – Granger, odsuń się. Blokujesz zamek. Sio. – Odgonił mnie machnięciem dłoni, a ja posłusznie odeszłam na bok i odwróciłam głowę. Nie chciałam widzieć szamotaniny z pokiereszowanym mężczyzną, ale słyszałam każdy jęk, każdy okrzyk, każde uderzenie. Blaise najwyraźniej lubił nakłaniać do działania siłą perswazji swojej pięści. Nie mogłam powiedzieć, że to pochwalam. Ale czy miałam wybór? Przynajmniej nie używał zaklęć niewybaczalnych.
Chwilę później Draco i Trevor byli wolni. Padłam w ramiona blondyna, schowałam twarz na jego ramieniu i rozpłakałam się jak małe dziecko, głośno zawodząc, szlochając i wstrząsając całym ciałem. Gładził mnie cierpliwie po włosach, całując raz po raz w czubek głowy i szepcząc uspokajająco.
- Kocham cię.
- Ja ciebie kocham.
- A ja chcę wyjść – odezwał się Michael. – Mogę prosić?
Popatrzyłam na Blaise’a, który pytająco uniósł brwi. Skinęłam głową.
- Na twoją odpowiedzialność – powiedział do mnie. Chwycił leżącego mężczyznę za poły płaszcza i zawlókł go przed celę Michaela. Chwilę później na korytarz wyszedł około czterdziestoletni mężczyzna o lekkiej nadwadze, którego tłuszczyk rozlewał się wyraźnie pod bluzką nad krawędzią spodni. Miał szpakowate włosy i czarne, bystre oczy, pod którymi pyszniły się fioletowe cienie. Pod nosem widniała zaschnięta stróżka krwi. Utykał.
- Michael Theodore – wyciągnął silną dłoń w kierunku Blaise’a, który ją uścisnął. – Dziękuję.
- Cofasz swoje słowa o naszych ludziach? – spytał zaczepnie Draco.
Michael skinął lekko głową, przymykając oczy.
- Dobra robota. Ale chciałbym przypomnieć, że musimy jeszcze stąd wyjść.
- Dobry pomysł. – Blaise krępował gdzieś w kącie swojego więźnia, na koniec wciskając mu w usta nie pierwszej świeżości szmatkę. – Nawet moglibyśmy się pośpieszyć. Mam nadzieję, że skończyliście. – Ten przytyk skierował w naszą stronę.
Draco wziął mnie za rękę. Razem ruszyliśmy w stronę wyjścia. Teraz wszystko już będzie dobrze. Musi być dobrze.
- Chwilunia. – Michael wpatrywał się w jakiś punkt ponad moim ramieniem, marszcząc brwi. – Ja cię znam.
Obróciłam się; mój wzrok padł na Trevora, który uśmiechnął się leniwie.
- Coś musiało ci się pomylić – powiedział. Miał napuchniętą i miejscami fioletową twarz, brudną, zresztą tak samo jak ubranie, które na dodatek było poddarte. Koszulka, którą na siebie założył, była wygnieciona i zakrwawiona.
- Nie. Pamiętam cię bardzo dobrze. To ty.
Podążałam wzrokiem od jednego do drugiego.
- Trevor? O czym on mówi?
Trevor poprawił na nosie stłuczone okulary, strzepnął przód koszulki, a następnie wyciągnął z tylnej kieszeni różdżkę i wycelował nią w mężczyznę.
- Tre…
- Avada Kedavra!
- Nie!
- BLAISE!
Nie wiedziałam, co tak naprawdę się stało. Trevor celował do Michaela, to w jego kierunku poleciał zielony promień, ale ostatecznie uderzył w Blaise’a Zabiniego. Chłopak zachował się albo bardzo odważnie, albo bardzo głupio, albo po prostu miał pecha, stając na trajektorii lotu zaklęcia. Przeniósł wzrok na Draco. Uśmiechnął się szeroko po raz ostatni… a później blask w jego oczach zgasł, a on osunął się na posadzkę.
Trevor zaśmiał się.
- Kto następny?