niedziela, 11 lutego 2018

Jesteś: 32. Porywczy



Biegłam. Lodowaty wiatr zmieszany ze zmrożonym deszczem uderzał mnie w twarz, wplątywał się we włosy i wpadał za kołnierz. Płuca paliły mnie żywym ogniem, gdy próbowałam nabierać gwałtowne hausty powietrza. Kręciło mi się w głowie, czułam dziwną słabość w nogach, a mimo to poruszałam nimi resztką sił. Zacisnęłam mocniej pięści.
Dobiegnę.
Widziałam oddalające się światełka różdżek, choć deszcz przecinał moje pole widzenia i zmuszał do mrużenia oczu. Nabrałam powietrza.
- Zaczekajcie! – krzyknęłam. Wiatr z deszczem tłumił mój głos. Zamachałam ramionami, starając się nadal biec w tym samym tempie. – Stop!
Nie słyszeli mnie. Jakżeby mogli? Pierwszy z nich rozpłynął się pod wpływem teleportacji. Serce zabiło mi mocniej. Jeśli wszyscy odejdą, nie będzie już ratunku. Zmusiłam omdlewające nogi do jeszcze większego wysiłku.
- Poczekajcie!
Zniknął kolejny z nich. Usta zadrżały mi przy kolejnym okrzyku, głos odmówił posłuszeństwa. Cholerne łzy zaczęły cisnąć mi się do oczu, jak gdyby mogły jakkolwiek pomóc sprawie! To nie czas na łzy, nie czas na poddawanie się!
- Jestem tu! To ja! HERMIONA!
Byłam coraz bliżej nich, lecz znikali jeden za drugim. Rozpływali się tuż przed moim nosem, zostawiając mnie na łasce i niełasce losu.
- Zostańcie!
Kontury postaci były coraz wyraźniejsze. Wydawało mi się, że jedna z nich znieruchomiała, potem odwróciła się powoli, uniosła dłoń do czoła, tworząc daszek nad oczami.
- Hermiona?
TAK! Znałam ten głos, znałam go! Ogarnęło mnie naraz takie ciepło, ulga, a równocześnie zmęczenie, że w ostatnim momencie potknęłam się i wpadłam z impetem w ramiona Harry’ego. Mężczyzna spisał się bardzo dzielnie, ratując mnie silnymi ramionami przed upadkiem na ziemię.
- Hermiono, co…
Początkową ulgę w jego oczach powoli zastąpiła złość. Zacisnął wargi w wąską linię. Zlustrował mnie uważnie od stóp do głów, a to co widział niespecjalnie mu się podobało.
- Potter? Co robimy? – dopytywał jeden z ostatnich aurorów, którzy nie zdążyli się deportować. Skupiłam się na zielonych oczach przyjaciela. Poczułam się bezpiecznie. Wiedziałam, że mnie obroni.
Zieleń próbowała owładnąć mną całą, rozmazując pole widzenia. Zamrugałam. Adrenalina zaczynała opuszczać moje ciało, przynosząc ból i zmęczenie. Ale to nie było ważne w tym momencie.
- On umrze, Harry.
Usta mi zadrżały.
Harry zmrużył oczy.
- Kto umrze?
- On umrze – powtórzyłam. – Musicie mu pomóc. Musicie mu pomóc w tej chwili. Proszę.
- Hermiono. – Harry potrząsnął mną lekko, próbując przywrócić do rzeczywistości, z której się osuwałam. – Chętnie pomożemy. Musisz tylko powiedzieć coś więcej.
Otworzyłam usta.
- Ja… musicie… musicie… - Walczyłam z ogarniającą mnie ciemnością. – Musicie tylko…
Osunęłam się w ramiona Harry’ego, niezdolna do wypowiedzenia ani słowa więcej.

GODZINĘ WCZEŚNIEJ
- Pod ścianę. Wszyscy. Ale mi to już.
Nie spuszczałam wzroku z Trevora, cofając się posłusznie. Mierzył różdżką w każdego po kolei, mrużąc oczy.
- Nie dotykać się! – zaprotestował, gdy dłoń Draco musnęła moją. – Rozejść się na boki. Powoli. Ręce na widoku, nie wykonywać gwałtownych ruchów.
Powoli cofnęłam się tak, że dotknęłam plecami lodowatej ściany o nierównej, kamiennej fakturze. Wzdrygnęłam się. Nie mogłam w to uwierzyć. Patrzyłam na Trevora, tego Trevora, w przekrzywionych okularach, fioletowym swetrze, brata mojej najlepszej przyjaciółki, któremu ufałam. Który właśnie zabił przyjaciela Draco. Który celował we mnie różdżką, jak gdybym była jego wrogiem.
- Trevor… - próbowałam coś powiedzieć.
- Zamilcz – uciszył mnie, unosząc różdżkę. – Zamilcz, bo skończysz jak ten Ślizgon.
Pokręciłam głową.
- Nie wierzę ci. Nie mógłbyś…
Szybkie zaklęcie bez ostrzeżenia pomknęło w moją stronę i uderzyło w skałę ponad moim ramieniem, nim zdążyłam zareagować. Pisnęłam. Kawałki kamienia opadły na mnie.
- Nie mów mi co mógłbym, a czego nie mógłbym zrobić, Hermiono.
W jego oczach widziałam determinację. Ale przede wszystkim ból. Przełknęłam ślinę. Nie skrzywdzi mnie. Gdyby chciał to zrobić, wycelowałby we mnie. To było tylko ostrzeżenie, żebym wzięła go na poważnie.
Ale właśnie zabił człowieka. Do czego jeszcze mógłby być zdolny?
Po mojej lewej stronie stał Draco. Widziałam kątem oka jego zaciśnięte szczęki i pięści. Po prawej ciężko opierał się o ścianę Michael. To właśnie na niego przeniósł uwagę Trevor.
- Trzeba było się nie odzywać – pouczył go. – Wystarczyło siedzieć cicho, a nikomu nie stałaby się krzywda.
- Nie próbuj zwalić na mnie winy. To ty zabiłeś człowieka i ty będziesz musiał z tym żyć, nie ja. To twój wybór.
Trevor ryknął.
- Zamknij się – wysyczał chwilę później. – Wszyscy się zamknijcie.
- Na górze są aurorzy – wychrypiał Draco wypranym z emocji głosem. – I Wyklęci. Pansy własnoręcznie wydrapie ci oczy, jak dowie się, co zrobiłeś Blaise’owi. A ja przywalę ci tak, że zobaczysz gwiazdy.
- Nic takiego się nie stanie. – Trevor wolną ręką poprawił okulary na nosie. – Nie znajdą was.
- Skąd ta pewność? Przecież…
Trevor wypuścił zaklęcie tym razem w stronę Draco, który nie mógł utrzymać języka za zębami. Blondyn w przeciwieństwie do mnie uchylił się przed strumieniem mocy, który ugodził mur w miejscu, gdzie jeszcze przed chwilą była jego głowa.
- O co chodzi, Trevor? Dlaczego się na nas mścisz? – spytałam.
Draco miał rację. Nad naszymi głowami toczyła się walka. Ktoś mógł przyjść tutaj w każdej chwili i nas uratować. Nie rozumiałam uśmieszku samozadowolenia Trevora.
- Dlaczego się mszczę? – Przez chwilę wyglądał, jakby nawet się nad tym zastanawiał. – Dlatego że mnie zraniłaś, Hermiono. Dlatego że wyrwałaś mi serce z piersi, porwałaś na malutkie kawałeczki i wdeptałaś w podłogę. Tak się nie robi.
- Trevor, ja… - Nie mogłam uwierzyć. Serio? – Przecież cię przeprosiłam. Wyjaśniliśmy sobie wszystko. Przestań się wygłupiać. Odłóż różdżkę, wszystko jeszcze możemy naprawić…
- Nieprawda – wtrącił się Draco, najwyraźniej nie pojmując mojej strategii łagodzenia problemów. – Zamordowałeś Blaise’a. Z zimną krwią. To ci nie ujdzie na sucho. Nigdy. Słyszysz?
Trevor wywrócił oczami.
- Nie celowałem do niego, tylko do tego idioty. – Skinął w kierunku Michaela.
- A co to ma do rzeczy? – Bronił się mężczyzna. – Użyłeś zaklęcia niewybaczalnego. Poza tym to nie pierwsze twoje przewinienie i uwierz mi, zapłacisz za to w ten czy inny sposób.
- Brednie.
- Zaatakowałeś własną siostrę – podjudzał go Draco. – Jak mogłeś?
Trevor nie zaprzeczył, jedynie drgnął mu napięty mięsień szczęki
- Zasłużyła sobie na to.
- Lucy? – jęknęłam. – W jaki sposób?
- Drażniła mnie tym swoim szczęściem. I ten jej przydupas kręcący się po moim domu. Bleh. – Skrzywił się. – Nie zrobiłem jej krzywdy. Ja ją tylko zneutralizowałem.
Draco miał minę, jakby ktoś podsunął mu pod nos zgniłe jajo.
- Zneutralizowałeś? Czy ty jesteś normalny, człowieku? Nawąchałeś się tych swoich laboratoryjnych oparów, tak? Ty jesteś chory. Powinieneś się leczyć w Mungu.
Trevor pokręcił powoli głową. Na jego ustach czaił się nieprzyjemny uśmieszek, który w ogóle do niego nie pasował. Czułam się zdradzona, cholernie zdradzona. Cios nadszedł ze strony, której się nie spodziewałam. Ufałam Trevorowi. Powierzyłam mu więcej sekretów, niż powinnam. Czułam się przy nim bezpiecznie. Teraz miałam wrażenie, że grunt usuwa mi się spod stóp. Ile z tego co kiedykolwiek mi powiedział, co zrobił, było kłamstwem? Jakie oblicza jeszcze w sobie skrywał? I co był w stanie zrobić, żeby osiągnąć swój…
- Jaki masz cel? – spytałam, ponieważ nie mogłam sama znaleźć odpowiedzi.
- Hm… - Zakręcił różdżką niewielkie kółeczka, podczas gdy się zastanawiał. Kilka kolorowych iskier opadło z jej koniuszka, zdradzając zdenerwowanie właściciela. – Sprawię, że będziesz cierpiała. Nie bój się, nie zabiję cię. Wynegocjowałem z Niepokonanymi, że pozostaniesz żywa. Za to ty – przeniósł wzrok na Draco. – Ty to już zupełnie inna sprawa.
- Gdzie są teraz twoi kumple? – spytał Draco, nie przejmując się groźbą śmierci. – Nie powinni ci pomagać?
- Są teraz trochę… - Zrobił pauzę, podczas której na górze coś huknęło. - …zajęci.
Wymierzył różdżką w każde z nas po kolei, jakby od niechcenia prowadził wyliczankę.
Słyszałam ludzi przemieszczających się w różne strony. Nie rozumiałam, dlaczego nikt nie zszedł jeszcze na dół. No bo przepraszam bardzo, gdzie mogą być więźniowie, jeśli nie w zatęchłej, lodowatej piwnicy? Nie trzeba być geniuszem, żeby na to wpaść. A Trevor stał tak po prostu, uśmiechając się głupio, pewny swojej wygranej.
- Od kiedy to planowałeś? – spytałam, grając na czas. – Zemstę – dodałam, gdy nie odpowiadał.
- Och, uwierz mi, od bardzo, bardzo dawna. Czekałem na odpowiedni moment. Zdobywałem twoje zaufanie. Nieźle mi to szło, prawda? – wyszczerzył zęby.
Miałam ochotę zamachnąć się i przywalić mu w nos. Czułam się jak w jakimś dziwnym śnie. Z jednej strony rozumiałam powagę sytuacji, z drugiej to wszystko było tak nierealne, że po prostu niemożliwe.
Trevor rozkręcał się.
- Tak naprawdę to tylko element tego, co dla ciebie zaplanowałem. Wcześniej działałaś dokładnie tak, jak to sobie zamarzyłem. W pewnym momencie zaczęło to być nawet nudne. Jesteś taka przewidywalna. Wystarczyła wzmianka na temat eliksiru na raka, a ty już zaczęłaś realizować scenariusz, który wymyśliłem.
Nadstawiłam uszu. Więc specjalnie mnie dręczył, zabronił mi użyć eliksiru w rzekomej trosce o mojego ojca, a tak naprawdę napawał się moją bezradnością i rozpaczą. Doprowadził do sytuacji, w której wykradłam jego eliksir. I ja, głupia, miałam z tego powodu wyrzuty sumienia!
- Nie masz serca – wyszeptałam, a echo poniosło mój głos tak, jakbym wypowiedziała te słowa o wiele głośniej.
- Owszem. To ty je zniszczyłaś.
Pokręciłam z niedowierzaniem głową.
- Trevor. O czym ty, do cholery, mówisz? – syknęłam. – Byliśmy razem. Odeszłam od ciebie, wszystko ci wytłumaczyłam. Było dla mnie za wcześnie na kolejny związek, potrzebowałam po prostu bliskości i pocieszenia, potrzebowałam przyjaciela. Wyjaśniłam ci to wszystko, przeprosiłam. Gdy tylko się zorientowałam, że między nami nie układa się tak, jak powinno w prawdziwym związku, od razu ci o tym powiedziałam. Byłam szczera, nic nie udawałam. Jest mi bardzo przykro, ale czego ode mnie oczekiwałeś? Że będę kłamać?
Na górze, gdzieś blisko nas, ktoś zatupotał. Gdzieś z tyłu mojej głowy kiełkowała myśl, że za chwilę skręci w odpowiednim miejscu i zacznie schodzić po schodach. Nie skierował się jednak do piwnicy.
- Mogłaś kłamać. – Trevor wyglądał na całkowicie przekonanego do swojej wersji. – Mogłaś pomyśleć o mnie, o tym, jak mnie zranisz. Mogłaś się wstrzymać. Kochałem cię i wiem, że gdybyś dała nam szansę, również mogłabyś mnie pokochać. Ty po prostu nie chciałaś jej dać.
Bredził jak jakiś szaleniec. On, człowiek tak inteligentny, błyskotliwy, niemal geniusz. Właśnie on zachowywał się tak, jakby nic nie rozumiał.
Albo jakby nie chciał zrozumieć.
- Słuchaj… - Poruszyłam się trochę zbyt gwałtownie, na co Trevor zareagował błyskawicznym przybraniem sztywnej postawy i uniesieniem lekko różdżki, gotowej do rzucenia na mnie zaklęcia. Uniosłam ręce wnętrzem dłoni w jego stronę i popatrzyłam mu w oczy. Dobrze że Draco i Michael nareszcie milczeli, pozwalając mi działać. – Trevor. Kocham cię jako przyjaciela. Nie chcę, żeby spotkało cię coś złego. Zastanów się nad tym. Nikomu nie powiemy, co się tutaj stało. Puść nas wolno. Porwali nas Niepokonani. Torturowali. Chcieli zabić, nawet udało im się wyeliminować Blaise’a. – Nienawidziłam się za użycie tych słów i miałam nadzieję, że Draco rozumie, dlaczego tak powiedziałam. Zmusiłam się, by nie spojrzeć w stronę rozciągniętej na ziemi postaci. – Walczyliśmy. Oni uciekli, a my się wydostaliśmy. Jakoś to wszystko poukładamy.
Trevor przez chwilę wyglądał tak, jakby poważnie rozważał moje słowa. Nawet zaczęłam myśleć, że go przekonałam, a wtedy roześmiał się głośno.
- Powiesz wszystko, żeby go uratować, prawda? – Machnął od niechcenia różdżką w stronę Draco. – Powiedz mi… - zwrócił się teraz do niego. – Jakie to uczucie być przez nią kochanym? Cudowne, prawda? Dla mnie też cudownie się składa. Im większa miłość, tym większy ból po stracie. Czy to nie genialne?
- Trevor. – Próbowałam znów zwrócić na siebie jego uwagę. Uciszył mnie syknięciem i uniesieniem dłoni. Do akcji włączył się więc Michael.
- Synu – powiedział głośno i wyraźnie, tym swoim schrypniętym głosem. – Chyba nie zdajesz sobie sprawy z tego, jakie będą konsekwencje. Zabójstwo jednej osoby to już poważne wykroczenie. Zabójstwo dwóch i więcej gwarantuje ci Azkaban do końca życia. Przemyśl to dokładnie.
Trevor prychnął, prawy kącik jego ust uniósł się w kpiącym uśmieszku.
- Ale tylko wtedy, jeśli zostanę złapany na gorącym uczynku, prawda? Kto udowodni mi winę? No kto?
Michael zachował spokój.
- Słyszałeś, co mówił pan Malfoy. Na górze są aurorzy. To nie takie proste ich oszukać. Radzę ci to bardzo dobrze przemyśleć, dla twojego dobra. Nie lepiej sobie odpuścić?
- Odpuścić sobie? – powtórzył jak echo Trevor. – To niemożliwe. A za wszystko winę ponosi ona. – Mówiąc to, skinął głową w moją stronę.
Ktoś tu w końcu przyjdzie, pomyślałam. Nie ma innej opcji. Ktoś nas uratuje. Kolejne osoby mijały jednak drzwi. Słyszałam wyraźnie zbliżające się, a później oddalające kroki, jakby nikt nie mógł znaleźć wejścia. Nagle mnie olśniło i aż otworzyłam usta ze zdumienia.
- Użyłeś iluzji i ukryłeś drzwi – stwierdziłam fakt. – Zaraz po tym, jak wycelowałeś w Blaise’a i…
- Sprytnie, Hermiono. Zastanawiałem się, kiedy na to wpadniesz.
- To nie jest trwała iluzja. Ktoś ją złamie prędzej czy później.
- Raczej później. Aurorzy to półgłówki.
- Żebyś się nie zdziwił – mruknął Michael.
Trevor zbliżył się o krok. Światło z różdżki rozświetliło poharataną twarz mężczyzny.
- Żebyś ty się nie zdziwił. To nie jest jakaśtam słaba iluzja.
Zamknęłam oczy.
- Użyłeś energii, którą wyzwoliłeś dokonując morderstwa. Przekierowałeś jej moc na zaklęcie. Ty draniu.
Pod powiekami zebrały mi się łzy złości. To co zrobił było genialne, ale równie przerażające. Poczułam gwałtowny skręt żołądka i dobrze, że nie miałam w nim nic treściwego, bo od razu bym zwymiotowała. To była czysta czarna magia, taka która pozostawia trwały ślad na duszy człowieka. Taka, od której nie ma odwrotu. To nie mógł być pierwszy raz Trevora, bo nie wiedziałby, jak się zachować. W jego zaklęciach była pewność.
Otworzyłam oczy i napotkałam szarozielone tęczówki przyjaciela. Byłego przyjaciela.
- To wcale nie jest najlepsze, co zrobiłem. – Wypowiadał te słowa powoli, rozkoszując się nimi, smakując końcem języka.
- Co masz na myśli?
Uśmiechnął się.
- Taka jesteś domyślna, prawda? Ale nie domyśliłaś się… nie wpadłaś na to, że… ty naprawdę jesteś taka głupiutka? Żeby aż tak ufać ludziom?
Zmrużyłam oczy. Bałam się, naprawdę się bałam. Serce dudniło mi w piersi jak dzwon, czułam słabość w nogach i drżenie dłoni. Tak, Trevor był zdolny, żeby coś zrobić. Był zbyt inteligentny na to, żeby całą swoją zemstę uzależniać od powodzenia jednego zadania. Poza tym – co właśnie zrozumiałam – był niepoczytalny.
- Co zrobiłeś? – spytałam.
- Nie słuchaj go – wtrącił Draco. – Miesza ci w głowie. Naprawdę sądzisz, że ktoś taki jak on, leszcz w okularach i sweterku, byłby zdolny…
- Tak – odpowiedziałam, patrząc w puste oczy Trevora. Ten zrozumiał, że ma mnie w kieszeni i nawet uniósł w zdziwieniu brwi.
- Mądra dziewczynka. Wie, kogo nie należy lekceważyć.
Draco prychnął.
- Proszę, przecież to pokazówka. Hermiono, nie daj mu się omamić. Blefuje. Cokolwiek ma do powiedzenia, przecież nie możesz brać go na poważnie! To tchórz.
- Zamilknij, Malfoy.
Trevor posłał w jego stronę snop zabarwionego fioletem zaklęcia. Draco uchylił się, chociaż mało brakowało, by urok trafił go w nogę. Sięgnął do mnie, chwytając moją dłoń. Ścisnął ją, zupełnie jakby próbował dodać mi w ten sposób otuchy. Trevora rozjuszyło to na tyle, że widziałam, jak nozdrza drgają mu groźnie przy ciężkim oddychaniu.
- Odsuń się od niej, Malfoy, dobrze ci radzę.
- Nie.
Blondyn uniósł arystokratycznie podbródek i wypiął odważnie pierś. Ja za to poluźniłam nacisk palców na jego dłoń. Nie chciałam prowokować Trevora.
- Draco, może lepiej mnie puść. – Starałam się nie poruszać ustami, ale Trevor i tak się zorientował, że przekazuję po cichu jakąś informację.
- Ja nie żartuję – syknął.
- Ty jesteś jeden, nas troje – powiedział głośno Draco, przeciągając sylaby. Przesunął się tak, że teraz lekko zasłaniał mnie swoim ciałem przed Trevorem.
- Was jest troje, a ja mam różdżkę.
- Ciekawe co da ci różdżka w starciu z naszymi pięściami.
Nie dał Trevorowi czasu do namysłu, tylko z dzikim rykiem rzucił się do przodu z opuszczoną głową jak byk na torreadora. Gdyby nie powaga sytuacji i mrożące uczucie, że o czymś zapomniałam, wybuchłabym śmiechem. Trevor nie zdążył zareagować. Niecelne zaklęcie uderzyło w sufit, a kolejnego nie zdążył rzucić, bo Draco wykręcił mu rękę tak, że różdżka wysunęła się z jego palców i uderzyła o podłogę. Odtoczyła się kawałek. Trevor wygiął się, by ją złapać, co Draco wykorzystał powalając go z impetem na podłogę. Przyglądałam się w milczeniu i osłupieniu, jak tarzają się i okładają pięściami. Zdecydowaną przewagę miał Draco i nie dziwiło mnie to, ponieważ był w zdecydowanie lepszej kondycji fizycznej i mogłam się założyć, że ze swoim porywczym temperamentem nie raz przyłożył innemu facetowi w gębę. Świat Trevora to nauka, książki, magia. Raczej nie przywykł do męskich zapasów.
Michael nieopodal mnie oparł się o ścianę, ciężko dysząc i zamykając oczy. Złapał się przy tym za ranną nogę, na którą utykał. W pierwszym odruchu poczułam lekką złość, bo przecież mógł pomóc Draco i przechylić szalę zwycięstwa na naszą stronę, ale później przypomniałam sobie, że ja także mam dwie ręce, nogi i zdolność poruszania się. Dlatego też gdy podchwyciłam wzrok Draco, kiedy zdzielił próbującego dosięgnąć różdżki Trevora po głowie, pochyliłam się i sięgnęłam po nią.
Różdżka Trevora nie leżała w mojej dłoni tak idealnie jak własna, ale nie było źle. Poczułam moc przepływającą od jej koniuszka do mojej dłoni, a później z powrotem. Skrzywiłam się z obrzydzeniem, przypominając sobie, że właśnie ta różdżka zabiła Blaise’a. Najchętniej wypuściłabym ją z dłoni, ale nie mogłam kierować się zwyczajną niechęcią.
Draco przygniótł Trevora twarzą do brudnej podłogi i wykręcił mu ręce do tyłu. Okulary Sandsa zwisały smętnie z jednego ucha, wykrzywione. Jego policzek stykał się z posadzką. Dyszał ciężko, pokonany.
- Zaczekaj – powiedział do mnie, skupiając wzrok na znajdującej się w mojej dłoni różdżce. – Nie wiesz jeszcze najlepszego.
Draco przycisnął go mocniej kolanem do ziemi, wydobywając w jego płuc syk powietrza. Trevor stęknął. Zawahałam się.
- Nie słuchaj go, Hermiono. Nie daj się omamić.
- Nie wiesz, co zawierał eliksir, który ode mnie wykradłaś.
Ręka z różdżką zadrżała. Światełko na jej koniuszku, które kierowałam w stronę twarzy Trevora, by lepiej go widzieć, zatańczyło na ścianie. Tata. To słowo odbiło się echem w mojej głowie. Nie.
Nie odezwałam się, zbierając całą swoją energię na kolejne uderzenie.
- Arszenik. – Trevor przeciągnął „sz”, co zabrzmiało trochę jak syk obrzydliwego węża. Wszystkie moje mięśnie napięły się, a w głowie słyszałam własny krzyk. Nie! – W niewielkich ilościach może mieć działanie przeciwnowotworowe, ale raczej nie powinno się go stosować doustnie. Swojego czasu bardzo popularna trucizna. Pozwoliłem sobie skorzystać z twojej… hm… kilkudniowej nieobecności i zapewnić twojego tatę, że konieczne jest przyjęcie kolejnej dawki, tym razem w zmienionych proporcjach.
Nie odezwałam się, tak bardzo zamurowała mnie złość, strach i niedowierzanie. Nie odezwał się też nikt inny oprócz Trevora.
- Ostre zatrucie po przyjęciu w nadmiernych ilościach powoduje między innymi bóle głowy, pocenie się, nudności, wymioty, skurcze i uszkodzenia mięśni, utratę przytomności – wyliczał beznamiętnie. Patrzyłam w jego puste oczy, niezdolna do reakcji. Draco uniósł głowę. Spojrzałam na niego. On także był przerażony, ale przede wszystkim wściekły. Trevor mówił dalej:
- Bez pomocy medycznej śmierć następuje w ciągu kilku-kilkunastu godzin. Jak myślisz, Hermiono, ile czasu mu zostało?
- Nienawidzę cię – powiedziałam przez zaciśnięte zęby. – Tak bardzo, bardzo cię nienawidzę, że nie mogę na ciebie patrzeć. Jak mogłeś?!
Moje pole widzenia przesłoniły czerwone plamy wściekłości. Miałam gdzieś, że w mojej dłoni znajduje się różdżka. Nie obchodziło mnie, że wystarczy go obezwładnić i przekazać w ręce aurorów. Kierował mną gniew. Zamachnęłam się i z całej siły kopnęłam Trevora w twarz. Zaczęłam go okładać nogami, pięściami, możliwe że nawet głową. Docierały do mnie jęki bólu, ale miałam to gdzieś. Liczyło się dla mnie tylko sprawianie bólu, wyrzucenie z siebie poczucia krzywdy i niesprawiedliwości, przeniesienie go na jego sprawcę. Płakałam, zanosiłam się wręcz głośnym, spazmatycznym szlochem, nie przestając kopać, szarpać, drapać. Nie docierało do mnie, co krzyczeli Draco i Michael.
W końcu poczułam, że ktoś odciąga mnie do tyłu, choć nie bez walki. Szarpałam się i wyrywałam, krzyczałam, żeby mnie zostawił. W końcu jednak znieruchomiałam w silnie obejmujących mnie ramionach Draco, zanosząc się płaczem.
- Już dobrze, ciii – szeptał mi do ucha. – Spokojnie. Wszystko będzie dobrze.
Trevor leżał skrępowany nieopodal. Obok niego leżało martwe ciało Blaise’a. Gdzieś w kącie kulił się przerażony Niepokonany, z którego pomocy skorzystał Zabini przy otwieraniu naszych cel. Michael stał przed drzwiami do piwnicy, celując w nie różdżką i mamrocząc formułki. Ja z Draco siedziałam na ziemi. Przytulał mnie i gładził mnie po włosach, próbując zapewnić mi ukojenie.
Przestałam płakać. Otarłam łzy, odchrząknęłam ochrypłym od krzyków gardłem. Wyswobodziłam się z objęć Draco.
- Oni gdzieś sobie poszli – zawyrokował Michael, opuszczając różdżkę. – Złamałem barierę, ale tam nikogo nie ma.
Wymieniłam spojrzenia z Draco. W jednej chwili patrzyliśmy sobie w oczy, w drugiej zerwałam się i pobiegłam na górę. Wołali za mną, ale nie słuchałam. Miałam w głowie tylko jeden cel, a było nim ocalenie taty.
 
- Zaczekajcie! Stop! – krzyczałam do oddalających się aurorów.

- On umrze, Harry. Musicie mu pomóc. Musicie mu pomóc w tej chwili. Proszę.