niedziela, 29 października 2017

Jesteś: 30. Odważny



Kiedy miałam jedenaście lat, tata przyniósł ze skrzynki urzędowo wyglądającą kopertę, opatrzoną nieznanym nam herbem i zielonym atramentem, układającym się w moje dane adresowe. Otworzyliśmy ją razem, ramię przy ramieniu. Pamiętam, jak wzięłam do ręki list z grubego, chropowatego papieru, jak śledziłam wzrokiem tekst układający się w zdania mówiące o tym, że zostałam przyjęta do Szkoły Magii i Czarodziejstwa w Hogwarcie. Ręce trochę mi się trzęsły, w głowie najpierw pojawiło się pytanie: „Jak to?”, a chwilę później poczułam przeogromną ulgę, rozluźniającą stopniowo każdy fragment mojego jestestwa i sprawiającą, że wszystko zaczęło mieć sens.
Bo nie byłam dziwolągiem. Te wszystkie rzeczy, które działy się wokół mnie, za moją sprawą, były normalne. Nosiły nazwę czarów, co więcej, mogłam nauczyć się nad nimi panować, bo byłam czarodziejką. Znalazłam nazwę na dziwne zjawiska i właśnie to przyniosło mi spokój.
Tata wyglądał na zdecydowanie mniej spokojnego. Pobladł strasznie, później pozieleniał, jak gdyby miał zamiar zwymiotować, następnie przejął ode mnie list i zaniósł go do kuchni, gdzie krzątała się mama.
Skulona za progiem, słyszałam ich cichą rozmowę. Nie wiedzieli, czy to jakieś żarty, czy należy w ogóle brać coś takiego na poważnie, czy mają do czynienia ze zdrowymi na umyśle ludźmi, czy może jakimiś wariatami żyjącymi w świecie schizofrenii. Ale ja od zawsze wiedziałam, że jestem inna, i że ma to jakiś cel. Podświadomie czułam, że tak, właśnie do tego świata należę. Zamknęłam oczy, wyciągnęłam dłonie, bardzo mocno się skupiłam. Przez moje ciało przebiegała czysta energia, elektryzując każdy kawałeczek mnie, wypełniając magią. Światło w przedpokoju zamigotało, zgasło, a po chwili znów się zapaliło. I to ja byłam tego przyczyną, a nie dziwaczny zbieg okoliczności. Wierzyłam wtedy, że jest mi pisane coś wielkiego.
Wierzyłam w to nadal, kupując swoją pierwszą różdżkę, stając u bram Hogwartu, ucząc się zaklęć, odnosząc pierwsze sukcesy i niepowodzenia, przechodząc przez kolejne lata edukacji, walcząc u boku Harry’ego i Rona. Rodzice, mimo niepewności i obaw, zawsze mnie wspierali. Trwali przy mnie, gdy ich potrzebowałam. To dzięki nim posiadałam wiarę w siebie i w to, że osiągnę wszystko, co sobie zaplanuję.
Gdzieś zatraciłam tę wiarę. Gdzieś po drodze zgubiłam siebie. A gdy ponownie uwierzyłam w to, że mogę coś zmienić, mogę tworzyć swój los… wpakowałam się w jeszcze większe gówno.

* * *

- HALO! HEJ! Jest tam kto? – krzyczałam, zaciskając dłonie na żeliwnych prętach krat, oddzielających mnie od długiego, ciemnego tunelu.
Było zimno. Po moich plecach hulał przeciąg. Chłód emanował od ciemnych, kamiennych ścian. W powietrzu czułam wilgoć, nieprzyjemną, piwniczną i zatęchłą woń i zapach jeszcze czegoś, czego nie rozpoznawałam. Naprzeciwko mojej celi, w ścianie, umieszczona została mizerna pochodnia, rzucająca słaby krąg zaczarowanego, zielonkawego światła, pozwalający mi na dostrzeżenie nierównej podłogi, wilgotnej ściany i własnych rąk. Jej płomień przesuwał się lekko pod wpływem wiatru, wprawiając w ruch cienie, które przyprawiały mnie o szybsze bicie serca.
Świetnie. A chciałam tylko pomóc.
- HALOOOOOO!!! – Mój głos odbijał się echem od ścian. Kopnęłam pręt, osiągając tylko tyle, że przestrzeń wypełniła się metalowym brzękiem, a moja stopa narastającym bólem. Zaklęłam tak, jak nie powstydziłby się Malfoy, podskoczyłam na jednej nodze, podciągnęłam do góry i rozmasowałam drugą, utrzymując równowagę dzięki przytrzymywaniu się dłonią pręta.
Nie rozumiałam, co tak właściwie się stało. Wciąż i wciąż wałkowałam dostępne mi informacje, oczekując w napięciu, aż mój mózg dotrze do jakiegoś zapomnianego szczegółu, który sprawi, że elementy układanki wskoczą na swoje miejsce i wszystko stanie się jasne. Ale tak się nie działo.
Między Niepokonanymi a Stowarzyszeniem Wyklętych trwała permanentna wojna o dominację i wyeliminowanie tej drugiej grupy, to oczywiste. Nie dziwiło mnie to, że Niepokonani dążyli do rozwalenia szeregów Stowarzyszenia, zmuszenia Trevora do zaprzestania badań nad bronią, nawet kosztem ataku na Lucy. Przecież grozili, że skrzywdzą bliskie mu osoby. Czy to dlatego porwali mnie i uwięzili? Uznali mnie za wystarczający bodziec do porzucenia badań na stałe? Nie czułam się aż tak ważną osobą dla Trevora. Nie rozumiałam też, dlaczego nie zaatakowano mnie gdziekolwiek – w domu, w drodze do pracy, do szpitala, w sklepie spożywczym… A właśnie w mieszkaniu Trevora. Gdybym go nie znała, pomyślałabym, że miał w tym swój udział. Zwabił mnie do siebie, zaprosił do środka i czekał, aż przybędą ludzie… Nie, nie mogło tak być, bo to by oznaczało, że jest szpiegiem i zdradził nas wszystkich.
Albo że został zaszantażowany.
To wcale nie aż tak trudne do wyobrażenia. Mógł mnie przehandlować za Lucy, mały tchórz. Za obietnicę, że nigdy więcej jej nie skrzywdzą. Albo za jakieś inne korzyści. Wprawdzie nie wyobrażałam sobie sytuacji, w której proponują za mnie kupę pieniędzy, ale ponoć każdy ma swoją cenę… To z kolei rodziło pytanie, komu na mnie zależało? Czy Niepokonani byli świadomi mojego spotkania z przywództwem Stowarzyszenia Wyklętych? Może Pansy Parkinson albo Blaise Zabini byli tak naprawdę wtykami. Czy Niepokonani bali się, że mogę im zagrozić? Albo może chcieli mieć haka na Draco?
Głowa pękała mi od tego roztrząsania. Nie dowiem się, czego ode mnie chcą, jeśli nikt się tu nie pojawi!
- Hej wy! Jestem tutaj! Jestem przytomna! Będziecie mnie ignorować? – krzyczałam, zdzierając sobie gardło.
Zmroziło mnie. A Adam…?
Dlaczego wcześniej na to nie wpadłam? Mężczyzna przypadkowo spotkany na siłowni. Bardzo zdeterminowany, żeby zbliżyć się do Lucy. Bywał w mieszkaniu Sandsów, miał dostęp do badań Trevora, był tam, ciągle w pobliżu. Stał za Lucy na tarasie, gdy została ugodzona zaklęciem. Mógł niepostrzeżenie wyciągnąć różdżkę, mógł ją skrzywdzić, a nikt by się nawet nie zorientował. Nigdy nie wzbudzał moich podejrzeń. Zawsze dyskretnie i cicho, zawsze w pobliżu… Ugh, przestań, skarciłam się w myślach. W ten sposób mogłam zacząć podejrzewać każdego. Lucy, że była częścią intrygi i sama się zaatakowała. Draco, bo kiedyś był Śmierciożercą. Astorię, bo odbiłam jej męża. Rona, bo śmiałam zakochać się w Draco. Dopóki z nikim nie porozmawiam, niczego nie mogę być pewna.
Nabrałam powietrza w płuca i znów zabrałam się za krzyczenie, szybko jednak zamilkłam, zdziwiona głosem innej osoby.
- Nie przychodzą tutaj często.
To na pewno był męski głos, trochę zachrypnięty, jeżeli zaś mogłam zgadywać, osobnik miał około czterdziestu lat. Odchrząknęłam.
- Eee… cześć? Kim jesteś?
- A ty?
Mimo woli zaśmiałam się krótko. Osunęłam się, siadając po turecku twarzą do krat, wciąż masując obolałą stopę.
- Hermiona Granger – powiedziałam. Wciąż nie byłam przyzwyczajona do tego, jak brzmi mój głos, odbijając się echem w tej ciemnej matni. Chwila pauzy… i jest.
- Przyjaciółka Pottera? – Głos przez chwilę był jeszcze bardziej schrypnięty, łamiąc się pod koniec. Mężczyzna odchrząknął.
- Tak. – Nie miałam nic do stracenia.
- Fiu, fiu, no to ładnie się obłupili.
- Obłupili? – powtórzyłam. – Kto taki?
- Dziewczyno, dziewczyno… - Mogłam sobie wyobrazić jak kręci głową, mimo że w moim polu widzenia znajdowała się tylko goła ściana, poszarzała i nieprzyjemna, ukryta w półmroku. – Znajdujesz się w kwaterze głównej Niepokonanych. Czuj się jak u siebie.
Nie zdziwiło mnie to, ale dobrze było mieć jasność. Przygryzłam wargę.
- Nie powiedziałeś, kim jesteś.
- Michael Theodore – odparł szybko. Nic mi to nie mówiło.
- Dlaczego tu jesteś?
- Bo im przeszkadzałem, pewno tak jak i ty. – Słyszałam jak splunął i skrzywiłam się mimowolnie na taki brak manier. – Nie słyszałem, żeby mieli cię capnąć. Czym się naraziłaś?
- A ty?
Stopa przestawała boleć. Podciągnęłam kolana do góry i objęłam je ramionami.
- Ech, coś mi się wydaje, że akurat tobie mogę powiedzieć… Zakon. Złapali mnie na misji wykonywanej dla Zakonu i przywlekli tutaj.
- Długo cię trzymają?
Zamyślił się chwilę.
- Będzie ze trzy tygodnie, ale skąd mam wiedzieć? Ciemno tu jak w dupie smoka, ani krztyny słońca, to i pomylić się mogłem. Noo, a ty?
- Nie wiem.
Parsknął.
- Jak to nie wiesz? To ja się tu obnażam, a ty nie chcesz mi nic powiedzieć? Gdzie zaufanie?
- Nie mam zaufania. – Potarłam twarz obiema dłońmi. – Właśnie zostałam porwana. Skąd mam wiedzieć, że nie jesteś podstawiony? Że nie chcesz podstępem wydobyć ode mnie informacji, których tak nawiasem nie posiadam, a później sobie pójdziesz?
Usłyszałam niespieszne szuranie po lewej stronie, tam, skąd dobiegał mnie głos. Towarzyszyło mu posapywanie i stęknięcia.
- Ciężko mi… cholera… Jesteś przy tej przeklętej kracie? To patrz.
Wyjrzałam najdalej jak umiałam. Z ciemności, jakieś dziesięć metrów ode mnie, wyłoniła się ręka.
- Jestem za kratami, zupełnie jak i ty.
Delikatnie oświetlała go odleglejsza ode mnie pochodnia. W jej blasku dostrzegłam, że rękę pokrywa brud, być może krew. Skuliłam się ściślej, przełykając z trudem ślinę.
- Tor… torturowali cię?
Bellatriks Lestrange. Dwór Malfoya. Różdżka. Cruciatus. To wspomnienie nagle odżyło tuż pod moimi powiekami. Słyszałam własny krzyk, czułam ból, choć miałam wrażenie, że stoję obok, tylko na to patrząc, że nie jestem tak naprawdę częścią tej sceny. Nigdy wcześniej nikt mnie nie torturował. Czułam gorące, słone łzy płynące po moich policzkach, płomienie liżące moją skórę, wnikające coraz głębiej i głębiej, palące…
Zapomniałam.
Ale nie do końca.
Domostwo Dracona nie kojarzyło mi się z tym wydarzeniem. Nie łączyłam tego, bo w tamtym saloniku znalazłam się po teleportacji, w taki też sposób zniknęłam, z niczym się nie wiązało, było oderwane od rzeczywistości, od wspomnień, ode mnie. A teraz zaczęłam o tym myśleć.
I o tym, co czeka mnie w przyszłości. Zadrżałam ze strachu, oblał mnie lodowaty pot.
- Nie – powiedział Michael Theodore. – Nie torturowali mnie. Z początku trochę walczyliśmy, nieźle mnie poturbowali, coś jest nie tak z moją nogą, boli jak diabli… Ale mam wrażenie, że trzymają mnie na wymianę.
- Na wymianę?
- Taak. – Mówił powoli, z namysłem. – Za swoich. Przechwyconych przez Zakon. Ciebie pewnie też będą chcieli wymienić, tylko nie wiem za kogo. Może chcą mieć haka na Pottera, chcą go do czegoś przymusić, może…
Mężczyzna snuł swoje teorie, ale ja zagryzłam wargi, decydując się nic nie mówić o Stowarzyszeniu Wyklętych. Kiełkowała we mnie nadzieja. Może mnie również chcieli za kogoś przehandlować? Draco nie pozwoli, żeby mnie więzili, wścieknie się i mnie uratuje. Zrobi wszystko, żeby mnie stąd wyciągnąć. Przecież mnie kocha. Jest na tyle odważny, by zaryzykować. Ja zrobiłabym to samo dla niego.
Gdzieś z daleka, jakby z góry, dobiegł mnie niespodziewanie skrzypiący jęk rozryglowywanych drzwi, głośne uderzenie o ścianę, a później niosące się echem tąpnięcia. Theodore zamilkł w pół zdania. Zerwałam się z miejsca i cofnęłam o krok od kraty, znajdując neutralną przestrzeń pomiędzy tą nakazywaną mi przez ciekawość i niepewność, a tą nakazywaną przez mdlący strach. Kroki stóp obutych w ciężkie, męskie buciory zbliżały się nieuchronnie. Postać mruczała coś na tyle cicho, że nie byłam w stanie rozróżnić słów, choć nadstawiałam uszu. Czułam się tak bardzo bezbronna – zamknięta za żelazną barierą, uwięziona w półmroku, taka mała i drobna przeciw tym ciężkim butom i niskiemu głosowi mężczyzny, pozbawiona różdżki i godności.
Od strony współwięźnia dobiegło mnie jakieś poruszenie, odgłosy jakby szamotaniny, przepychania, później głuche uderzenie o metalowy pręt, jak gdyby ktoś z całej siły przyłożył w niego głową. Odważyłam się podejść bliżej kraty, wyjrzeć na korytarz.
- Skurwysyn… - cedził strażnik, jego ręka znikała pomiędzy prętami celi mojego towarzysza niedoli, jakby trzymał go za poły koszuli. Był wysoki i barczysty, odziany w długą szatę z kapturem, odstającym mu na plecach. Światło pochodni zalśniło na bliznach po ospie na jego nieprzyjemnej twarzy. Szarpnął mocno więźnia, metal znów zadźwięczał, Michael jęknął. - Gdyby to ode mnie zależało, już wąchałbyś kwiatki od spodu. Co, ucieczki się zachciewa?
Wolną ręką sięgnął do pęku kluczy przywiązanego u pasa, zadzwonił nimi. Dźwięk był tak nieprzyjemny, że aż przeszły mnie ciarki.
- To magiczne klucze – tłumaczył cierpliwie strażnik niskim, syczącym głosem. - Nie użyjesz ich, bo nie jesteś do tego uprawniony. Ha, magia jest piękna.
Szarpnął jeszcze raz więźniem, pozbawiając go powietrza z płuc.
- Nooo, bratku – ciągnął. - Dzisiaj to ty nawet suchego chleba nie dostaniesz. - Splunął mu pod nogi, zaśmiewając się nieprzyjemnie. Najwyraźniej rajcowało go poczucie władzy nad inną osobą. - Nie żeby był ci potrzebny. Chyba masz tu trochę tłuszczyku do zrzucenia, co, wieprzyku? Założę się, że twoja żonka nieźle gotuje. Jak myślisz, jak ją odwiedzę i opowiem, że w zamian puszczę cię wolno, to zastawi dla mnie stół, a później rozłoży nogi?
- Ty…
- Hej! - krzyknęłam, zaciskając palce na prętach. Czułam, jak krew szumi mi w uszach, podburzana wściekłością. - Taki jesteś mądry, bo masz przewagę? Ciekawe jak rozmawiasz z równymi sobie!
Mężczyzna błyskawicznie odwrócił twarz w moją stronę. Jego ciemne oczy zwęziły się w odrazie. Puścił Michaela, który chyba z zaskoczenia upadł na podłogę, i zaczął iść w moją stronę.
- Mówisz może o sobie?
Zacisnęłam wargi, powstrzymując się od odpowiedzi. Oczywiście, że nie chodziło mi o mnie. Dlaczego moje poczucie przyzwoitości kazało mi się odzywać, nim mogłam dobrze to przemyśleć?
- No proszę, szlama się obudziła i już bluzga?
Krok miał długi, twardy, dosadził do mnie w kilku susach. Cofnęłam się w samą porę, gdy znalazł się ze mną twarzą w twarz. Poczułam jego cuchnący oddech.
- Kogoś tu chyba ominie pierwszy posiłek – zanucił.
Czułam igiełki strachu przemykające po żołądku, ale wzburzenie nadal było od niego silniejsze, rozgrzewając mnie od środka i napędzając do działania. Tyle że rozum nie pozwalał mi na rzucenie się strażnikowi do oczu. Był ode mnie większy, silniejszy, oddzielała nas krata, a za jego pazuchą majaczyła różdżka. Na razie nie miałam szans. Tak jak nie miał szans Michael.
- Czego ode mnie chcecie? - spytałam spokojnie, pamiętając o tym, by ściągnąć łopatki i unieść podbródek.
- Od ciebie? Niczego. - Wzruszył ramionami. - Jesteś tylko środkiem do osiągnięcia celu.
Zmrużyłam oczy.
- Jakiego celu?
- Ho, ho, już byś chciała wiedzieć! Nie twoja sprawa, szlamo.
- A jednak tu jestem. Jeśli mnie to nie dotyczy, puść mnie wolno.
- Wzruszające. - Wykonał gest, jakby ocierał uronioną łzę, utrzymując przy tym na twarzy iście głupawy grymas. - Naprawdę myślisz, że kiedykolwiek stąd wyjdziesz?
- Potrzebujecie mnie. - Uchwyciłam się jego słów, szczerze mówiąc brzmiałam nawet dla siebie nieco żałośnie.
- Potrzebujecie mnie, potrzebujecie mnie – przedrzeźniał piskliwym głosem. Blizny po ospie bardzo go szpeciły. Gdyby był pacjentem w szpitalu, zastosowałabym maść na bazie arniki i parę zaklęć, a od razu wyglądałby o wiele lepiej. Ale nie był moim pacjentem i nie zamierzałam mu nigdy, przenigdy pomagać. - Może i tak. Ale wiesz co, szlamo? Zaręczam ci, że żywa stąd nie wyjdziesz.
Nie odpowiedziałam na to ani na kilka innych zaczepek, z których dowiedziałam się między innymi, że gdyby to od niego zależało, znalazłby dla mnie lepsze zastosowanie niż marnowanie się w celi, że jestem nikim i że moja matka to prostytutka.
Trzymałam się na bezpieczną odległość od niego, wpatrując bez słowa w jego pełne nienawiści oczy i nie rozumiejąc, jak można być takim człowiekiem. Potrzebowali mnie, czyli nie mógł mnie skrzywdzić. Nie mógł mnie nawet tknąć, to wywnioskowałam z jego okraszonych wulgaryzmami wypowiedzi. Nie zamierzałam jednak testować jego cierpliwości.
W końcu odszedł, zirytowany moim brakiem reakcji, klnąc pod nosem. W milczeniu nasłuchiwałam, jak jego kroki oddalają się coraz bardziej. Naliczyłam ich trzydzieści trzy na płaskiej powierzchni, a później piętnaście po schodach. Ciężkie drzwi huknęły za nim, chwilę trwało zaryglowywanie ich. Kroki cichły w miarę jak mężczyzna zwiększał dystans. W końcu towarzyszyła mi już tylko cisza, przerywana ciężkim oddechem współwięźnia. Zbliżyłam się do krat.
- Michael? – spytałam. Chwilę gapiłam się w ścianę, nasłuchując odpowiedzi. – Michael, wszystko w porządku?
Zakaszlał tak, jakby miał wypluć płuca; dławił się i krztusił. Skronie rozbolały mnie od tego przenikliwego dźwięku, zwielokrotnianego echem pustego korytarza. Czekałam cierpliwie, aż skończy.
- Jestem… trochę chory – powiedział w końcu schrypniętym, łamiącym się głosem. – To ta cela. Zimno tu jak diabli, wilgoć ciągnie od ścian.
Jak na zawołanie poczułam igiełki przenikliwego chłodu na całym ciele, więc otuliłam się ramionami.
- Jesteśmy w dupie, Granger – dodał Michael.

* * *

 Minuty dłużyły się, leniwie przechodząc w godziny. Nie miałam pojęcia, czy jest dzień, czy może noc. Czy spędziłam tu dobę, a może już kilka? Czy Draco mnie szukał…? Siedziałam na zawilgoconym, twardym materacu, opatulona cienkim i cuchnącym stęchlizną kocem. Nie miałam co narzekać, dobrze że w celi znalazłam chociaż to. Trzęsłam się co jakiś czas, tak bardzo zimno przeniknęło już wszystkie moje członki. Michael chyba zasnął. Wsłuchiwałam się w jego miarowy oddech, czasem przerywany pokasływaniem, czasem pochrapywaniem. Moje oczy kleiły się ze zmęczenia, ale odpłynięcie w sen nie było takie proste. Burczało mi w brzuchu z głodu, usta i język wyschły na popiół z pragnienia, ręce skostniały z zimna. Czas dłużył się niemiłosiernie.
Co teraz? Czy zostanę tu już na zawsze? Czy ktoś będzie mnie szukał i czy znajdzie?
Przymknęłam oczy. Wyobraziłam sobie jak ciepłe, silne ramiona Draco obejmują mnie w talii, przynosząc ukojenie w chłodzie, rozgrzewając. Wyobraziłam sobie jego oddech na mojej szyi, cichy szept mówiący, że wszystko będzie dobrze. Ścisnęłam jego dłoń. Odpłynęłam.

Obudziłam się jakiś czas później, zdrętwiała i zmarznięta. Michael kaszlał głośno. Ssanie w brzuchu okazało się jeszcze bardziej nieznośne. Miałam ochotę wyć z poczucia niesprawiedliwości i krzywdy. Nie zrobiłam nic złego. Nie zasłużyłam sobie na tę niepewność, na głód, na zimno, na samotność.
Pojedyncze łzy spłynęły po moich policzkach aż do ust, zwilżając je. Poczułam na języku ich słony smak, nie gaszący pragnienia. Chciało mi się krzyczeć z bezsilności, rzucać się, drapać, szarpać kraty. Byłam taka słaba, taka zmarznięta. Powieki znów opadały. Widziałam cienie na ścianach, słyszałam głosy, których wcale nie było, widziałam wspomnienia, co do których prawdziwości miałam poważne wątpliwości. Ron stojący nade mną z pogardliwym uśmieszkiem, mówiący, że nareszcie spotkała mnie kara. Rodzice tłumaczący, że tu będę bezpieczniejsza, że to dla mojego dobra. Lucy wzruszająca ramionami, stwierdzająca, że przynajmniej schudnę. Draco informujący, że w takim razie wraca do Astorii.
Chyba miałam halucynacje.

* * *

- Byliśmy na akcji – opowiadał Michael. – Ja i dwóch innych aurorów. Mieliśmy za zadanie poprowadzić pertraktacje z przywództwem Niepokonanych, którzy zagrozili ostatnio, że jeśli nie usuniemy ze stanowisk w Ministerstwie kilku wysoko postawionych mugolaków, to przeprowadzą zamach.
Z trudem przełknęłam ślinę przesuszonym gardłem. Zmusiłam się do otwarcia spierzchniętych ust.
- Nie wiedziałam, że pojawiły się takie groźby.
- Tak, były trzymane w tajemnicy, by nie siać paniki.
Położyłam się i podkuliłam nogi aż do piersi. Pić. Przed moimi oczami tańczył gigantyczny wodospad, którego wody majestatycznie opadały w dół i rozpryskiwały z ogromną siłą na wszystkie strony. Niemal czułam przynoszoną z wiatrem życiodajną mgiełkę spowijającą twarz. Wyobrażałam sobie jak dotyka ust, nawilża, i że pragnienie przestaje mnie męczyć. Przymknęłam oczy.
- Mieliśmy za zadanie uspokoić sytuację, dojść do jakiegoś kompromisu. – Głos Michaela był coraz odleglejszy, ale nadal wyraźny. – Niestety Niepokonani nie kierują się żadnym kodeksem honoru. Nie zgodzili się na nasze propozycje, po czym zaatakowali.
Jak on może mówić, kiedy moje usta wyschły na wiór?, myślałam. Skąd bierze siłę, skoro moje mięśnie już dawno zwiotczały i odmówiły posłuszeństwa?
W głosie Michaela słyszałam rozgoryczenie.
- Daliśmy się podejść jak małe dzieci. Słabi z nas aurorzy, skoro nie potrafiliśmy przeprowadzić głupich negocjacji.
- Jesteś… aurorem…? – wydukałam, starając się jak najmniej poruszać ustami. Czułam, że mój umysł spowija irytująca, ale tak bardzo mi potrzebna mgiełka otępienia.
- Wszystko w porządku? – spytał Michael.
- Tak… tak… ja… - Zmusiłam się do zachowania przytomności. Było mi tak bardzo zimno, głowa pulsowała bólem, gardło błagało o wodę. Skup się, Hermiono. – Co z twoimi towarzyszami?
- Nie żyją.
Jęknęłam.
- Nie ma się co użalać. To jest wojna.
Nie sprostowałam, że jęk wyrwał mi się w odpowiedzi na dreszcz zimna, który przeszył moje ciało. Michael mówił do mnie coś jeszcze. Słyszałam szelest, kiedy zmieniał pozycję, uderzenie, gdy akcentował wypowiedź uderzeniem pięści o metalową kratę. Ale nie rozumiałam, pogrążona w świecie za mgłą.

* * *

- Hermiono? Hermiono?
Głos dochodził do mnie jakby z oddali. Skupiłam się, żeby za nim podążyć, zrozumieć. Koc zsunął się ze mnie, gdy spędzałam czas wpół na jawie, wpół na śnie. Schyliłam się, by go odnaleźć.
- Coś się dzieje – dobiegł mnie głos Michaela. Dreszcz wstrząsnął moim ciałem. Schyliłam się po leżący na ziemi koc i strzepnęłam go pobieżnie, zanim się nim okryłam. Nadstawiłam uszu.
Za drzwiami do lochu ktoś był. Słyszałam przytłumiony, gniewny głos, jakieś huki, tąpnięcia, wreszcie uderzenie jakby całym ciałem o nieprzeniknioną barierę. Czyżby… zatliła się we mnie maleńka iskierka nadziei, rosnąca z każdą chwilą. Czyżby ktoś przyszedł nas uratować? Uderzenia wydawały się być próbą taranowania drzwi, choć były nieregularne i chaotyczne. Ale raz rozbudzona nadzieja przejęła kontrolę nad moimi myślami. Zmusiłam się do wstania, podeszłam kilka kroków do więziennej kraty. Czułam bijący od niej chłód nawet z zachowaniem kilkucentymetrowej odległości. Wytężyłam wzrok, starając się przebić ciemność poza kręgiem światła wydzielanym przez niegasnące pochodnie.
To musiał być Draco. Znalazł mnie, przyszedł po mnie, zaraz mnie stąd zabierze!
Otwarcie drzwi zasygnalizował huk jak po wyrzuceniu bomby z armaty, kiedy uderzyły o ścianę. Następnym, choć prawie równoczesnym dźwiękiem było toczenie się czegoś ciężkiego po schodach, zupełnie jakby spadł worek z kilkunastoma kilogramami ziemniaków. Tuż po nim spadł kolejny. Nawet nie łudziłam się, że hałasu nie wywołał spadający ze schodów człowiek, ale miałam nadzieję, że ciała należały do Niepokonanych, pokonanych z przytupem przez mojego wybawcę – Draco w lśniącej zbroi.
Słyszałam szybkie kroki na schodach kierujące się w dół, coraz bliżej i bliżej, stękania i jęki. Cienie wędrowały po ścianach, zielonkawe płomienie pochodni falowały, poruszane przez wiatr.
- Chyba połamały mi się żebra – dotarł do mnie zbolały, znajomy głos… Trevora. Serce zatrzepotało w mojej piersi z nadzieją, szybko zatrzymując się po usłyszeniu głośnego kopniaka i przenikliwego jęku.
- Gdyby jeszcze nie wszystkie, to służę pomocą – zaśmiał się chrapliwie oprawca.
Widziałam zarys jego rosłej postaci, górujący nad dwoma plamami rozłożonymi na podłodze. Odleglejsza z nich wykonała nagły ruch, podcinając nogi stojącemu i przewracając go. Wywiązała się między nimi szamotanina, połączona z okrzykami, pojękiwaniami, sapnięciami, warczeniem i innymi dziwnymi dźwiękami. Walczący przetoczyli się bliżej mnie i rozpoznałam blond czuprynę Draco. Zacisnęłam palce na kracie. Wiedziałam. Wiedziałam, że po mnie przyjdzie, mój bohater!
- Dalej, Draco! Dowal mu! – krzyknęłam.
Do kłębowiska rąk, nóg i innych części ciała doczołgała się powoli postać Trevora, dołączając do walki. Przesłaniałam oczy i wzdrygałam się przy każdym uderzeniu pięścią w twarz czy brzuch, z każdą przelaną kroplą krwi, z każdym krzykiem bólu. Gdybym tylko mogła wyjść z tej celi i im pomóc… gdybym tylko miała różdżkę…
Niepokonany walczył dzielnie, choć jego szanse nie wydawały się wielkie aż do momentu, gdy złapał Draco i Trevora za włosy, a następnie z nieludzką siłą zderzył ze sobą ich głowy aż huknęło.
Dalej wszystko potoczyło się bardzo szybko. Skończyli w celi po mojej prawej, zamknięci na cztery spusty. Bohaterowie od siedmiu boleści.



~ * ~ * ~ * ~
Od autorki: Nie jestem ostatnio zbyt produktywna, ale nie skupiajmy się na tym, co ewidentnie szwankuje, jak beznadziejna pogoda, zimno, deszcze, przemoknięte nowiutkie buty, pół dnia w pracy w mokrych spodniach, czy wstawanie o 6 rano w egipskich ciemnościach i zasypianie na siedząco o 22 - taak, tak ostatnio wygląda moje życie :') Nudne, no nie? 
Z dobrych rzeczy: rozdział nareszcie jest i następny będzie szybciej niż ten. Przekroczyłam 350 stron w wordzie. Napisałam 30 rozdziałów. Zostało niewiele. Zbliża się grudzień i święta i obwieszę nareszcie MOJE mieszkanie lampkami, bombkami, pierniczkami i wszystkim co się da, bo jestem zdrowo trzepnięta, jak Draco i Trevor w głowę.
Jak Wam się podoba akcja ratunkowa? Co będzie dalej? Kto uratuje naszych bohaterów? Czy zginą śmiercią tragiczną (i zanim odpowiecie, że nie, zastanówcie się dobrze, bo raz już zabiłam Draco)?
Następny rozdział za około 2 tygodnie. Stay tuned!